Pan Tadeusz Pieniążczak dzisiaj ma 82 lata, mieszka z żoną we Wrocławiu. Kiedy rozmawia, nie słyszy się tego charakterystycznego śpiewnego akcentu, dzięki któremu od razu można poznać z kim ma się do czynienia. Cieszy się każdym dniem, który może spędzić na rowerze albo oglądając ulubione filmy. W jego pamięci, wojna we Lwowie i okolicach nie jawi się, jak potworne zło.
Słychać było strzelanie i wybuchy, schodziliśmy do piwnicy, gdzie mama miała przygotowane posłanie, picie i jedzenie ale takiego zniszczenia jakie znamy z innych części Polski, na Pasiekach nie było. Może to też jest tak, że obrazy widziane z mojej perspektywy są inne, bo dziecko inaczej patrzy na świat. Fakt, że po przyjeździe do Wrocławia, rodzice przy mnie nie rozmawiali o Lwowie. A jak próbowałem, ucinali dyskusję. Przyzwyczaiłem się do tego, i później w dorosłym życiu, jeszcze przed ich śmiercią mogłem zapytać, ale jakoś tak…zeszło.
Do czasu wysiedlenia spotkał się pan z Niemcami i Rosjanami. Co było charakterystycznego w zachowaniu żołnierzy?
Niemcy byli zawsze czyści i uprzejmi, zawsze płacili mamie za owoce. Bywało, że nie było jej w domu, jeśli coś zabierali sobie, kładli pieniądze. Rosjanie… po prostu dzicz. Na Pasiekach każdy ich się bał, bo nigdy nie wiadomo było co takiemu strzeli do głowy.
Z Wrocławia można jeździć do Lwowa, nigdy pan tego nie zrobił
Moja siostra była, opowiadała. Czytam i to wystarczy. Już nie zobaczę nigdy rodzinnego domu, ani sadzawki w której bawiłem się z bratem i siostrą. Jako jedenastoletni chłopak, nie zdawałem sobie do końca sprawy z tego, że musimy opuścić dom. Nasz bagaż musiał zapewnić niezbędne rzeczy w czasie podróży, a nikt nie wiedział, ile ona potrwa. Ani rodzice, ani krewni – i jak się później okazało sąsiedzi – nie myśleli, że ta podróż jest tylko w jedną stronę. Z tego powodu wielu lwowiaków nie przywiązywało specjalnie wagi do miejsc zakwaterowania. Kiedy rozmawiam o początkach, jak to tutaj mówiono, osadnictwa, wielokrotnie słyszałem, że niektórzy przez długi czas nie rozpakowywali kufrów, bo się nie opłaca, bo nie wiadomo, ile dostaniemy czasu na spakowanie i znowu nie weźmiemy tego, czego potrzebujemy najbardziej. Niezależnie czy opuszczając Lwów, ktoś wziął , czy nie – według niego – najpotrzebniejsze rzeczy, wszyscy mieli dokumenty, i wszyscy ich pilnowali.
Czy po tylu latach czuje się pan wyrwany z korzeni?
I tak i nie. Moi rodzice nie rozmawiali z nami o Lwowie, czy zostawionym majątku. Tuż przed wybuchem wojny, ojciec postawił dom z cegły, to był chyba jedyny taki dom w okolicy. Był ogromny sad. Mieliśmy służbę i sezonowych pracowników. Wszystkim zarządzała mama, ojciec pracował w banku.
We Wrocławiu było nas repatriantów dużo, spotykaliśmy się dość często. Rozmowy zawsze dotyczyły czasów przedwojennych. O powrocie do Lwowa starsi jeszcze mówili w latach 60-tych, potem albo przestali albo ja już tego nie słyszałem.
Zostawiłem tam dwa psy, dziecięce wspomnienia… Pamiętam żyzną tłustą ziemię, pyszne owoce, śmietanę, którą spijałem mamie i bardzo ostre zimy, zabawy na sankach. Pamiętam drogę z Pasiek Łyczakowskich, gdzie mieszkaliśmy do kościoła Bernardynów. Powrotna droga z tatą, była dla mnie wielką radością, bo zazwyczaj wtedy dużo rozmawialiśmy.
Na podstawie papierów repatriacyjnych rodzinie Pieniążczaków przydzielono dwupokojowe mieszkanie w domu wielorodzinnym, na Biskupinie, przy ul. Pugeta 40. Z tyłu domu były pomieszczenia gospodarcze, trzymali tam krowę, drób i psa. Sąsiedzi mieli świnie, króliki, niektórzy trzymali gołębie.
Do momentu wymiany dowodów osobistych, w starym książeczkowym wydaniu miał wpis: „urodzony w ZSRR”. Nigdy z tym nie mógł się zgodzić. I nigdy nie zgadzał się, aby urzędnicy wpisywali ZSRR jako miejsce urodzenia. Zawsze podkreślał, urodziłem się w Polsce i proszę tak napisać, często powtarzał zalęknionym urzędniczkom. Był niepokorny. Nie piastował i nie aspirował do wyższych funkcji. Pierwszą pracę, zaraz po odbyciu służby wojskowej zaczął w Cefarmie, przy ul. Rakowieckiej – ówczesnej hurtowni farmaceutycznej, obsługującej apteki we Wrocławiu i Dolnym Śląsku i tam go pożegnali, gdy odchodził na emeryturę.
Artykuł współfinansowany przez Fundacje KGHM Polska Miedź

czytaj: Zakończenie Wrocławskich Dni z Rotmistrzem Witoldem Pileckim
















