Holenderskie fermy drobiarskie, które do sierpnia br., sprzedawały kurze jaja na swoim i sąsiednim rynku, powoli odbudowują zaufanie społeczne. Po wycofaniu z zachodnioeuropejskiego obrotu handlowego ponad trzech milionów kurzych jaj, pozamykano fermy w Holandii, gdyż stwierdzono obecność „wysoko trującego środka owadobójczego”, który stosowany jest do zwalczania wszy, kleszczy, pcheł i pajęczaków.
Trucizna u ludzi może spowodować uszkodzenia przewodu pokarmowego, zwłaszcza wątroby, trzustki i nerek, stąd nastąpiło powszechne wykluczenie największych ferm producenckich. Musiały przejść dezynfekcję. Objęto je szczególnym nadzorem. Tymczasem puste półki zapełniono importem jaj ze wschodnich terenów Europy, w tym z Polski. To dlatego ceny rosną a ilość przeznaczona na rynek krajowy drastycznie spada.
Nie ma się co dziwić, że polscy producenci wolą sprzedać całą produkcję Niemcom, Belgom czy Holendrom. W polskich fermach jest około 40 milionów niosek i jak zapewniają ich właściciele, ilość ta jest wystarczająca na bieżące potrzeby polskiego konsumenta.
Nasze jaja sprzedajemy wyłącznie na lokalnym rynku, mówi jeden z dolnośląskich producentów
Trudno przewidzieć, czy ceny się ustabilizują, czy też nie. Jajo codziennie drożeje średnio o 5 groszy, dlatego prognozy dla naszych konsumentów są złe.
















