Wanda Bilnik: U nas często przechowywani byli partyzanci… nasz dom przejął ubek

MP Wanda Bilnik

Urocza, drobna, roześmiana i wygadana entuzjastka wielogodzinnych spotkań i rozmów z ciekawymi ludźmi. Jej historia, podzielona na sekwencje mogłaby posłużyć scenarzystom na pokazanie losów żołnierzy Armii Krajowej i polskiej inteligencji w czasach dla nich najcięższych. Po wyzwoleniu nastąpiło zniewolenie. Jedni całkowicie poddali się i pogodzili z nowym rządem, inni – na ile to było możliwe bez konsekwencji – dostosowywali się do wymagań władzy ludowej. Wanda Bilnik należała do drugiej grupy. Musiała, bo ojciec Czesław Bilnik, był żołnierzem Armii Krajowej. Zginął na statku Cap Arcona w Zatoce Lubeckiej razem z innymi ewakuowanymi więźniami z obozu koncentracyjnego „Neuengamme” w dniu wyzwolenia Europy 3 maja 1945 roku. Alianckie myśliwce zbombardowały wówczas trzy niemieckie statki. 11800 więźniów było zamkniętych na dolnych pokładach, uratowało się około 350-ciu. Dzisiaj o tej katastrofie mówi się w kategoriach zbrodni wojennej.

Odkąd pamięta, zawsze była stanowcza, ciekawa ludzi i świata. Interesowała się turystyką górską, szusowała po stokach, a na biegówkach w pobliskich górach w Kotlinie Kłodzkiej przemierzyła większość tras. Wspinała po szwajcarskich i włoskich lodowcach. Wiele podróżowała po świecie i wszędzie rozmawiała o Polsce. Z tych wypraw ma imponującą kolekcję zdjęć.

Jest emerytowaną radcą prawnym ze sfałszowanym życiorysem. Niepokorna od dzieciństwa. Nikt niczego nie mógł jej narzucić, nawet dyrektor Technikum Finansowego na ul. Worcella, który przed zakończeniem roku szkolnego wezwał Bilnikównę do zmiany uczesania i dostarczenia zdjęcia. Zdjęcie przyniosła ale włosy zostały te same. Wanda Bilnik miała dwa warkoczyki z kokardkami i tak było aż do matury. Okazało się, że władze szkolne w ten sposób nagradzały „przodowników nauki” i „przodowników pracy społecznej”. Mieli swoje zdjęcia na specjalnej szkolnej tablicy i byli przykładem dla pozostałych uczniów. Wanda Bilnikowa nie starała się o drugi status.

Kiedy wraca pamięcią do dzieciństwa, przedstawia obrazy codziennego życia. Opowieść nasycona zapamiętanymi barwami i smakami. Czasem wydaje się, że można dotknąć każdą cenną rzecz i zabawkę z konieczności pozostawioną w rodzinnym domu.

Jestem pionierem, wrosłam w to miasto, mówi radca Wanda Bilnik ale pochodzę ze Starachowic, najpiękniejszego miasta w Polsce. Mój ojciec był AK-owcem, i został aresztowany w domu. U nas często przechowywani byli partyzanci. Mama ich opatrywała, leczyła, jak wydobrzali wracali do lasu. Niestety zostaliśmy zdradzeni przez sąsiadów. Wiem, że za donosy na nas i innych dostali wyrok śmierci. Partyzanci ich powiesili. Niedługo potem dowódca z oddziału ojca radził mojej mamie opuszczenie miasta. Mówił, że zaczynają się aresztowania i lepiej będzie wyjechać, przeczekać, w przeciwnym razie można spodziewać się nie tylko aresztowania, również śmierci. Żołnierze Armii Krajowej byli oskarżani w fingowanych procesach, byli torturowani psychicznie i fizycznie. Dzisiaj wiemy dość dokładnie co  działo się na UB-cji, wówczas wcale nie było to takie oczywiste. Zagrożenie bardziej się wyczuwało niż wiedziało.

Mama zdecydowała, że wyjdziemy. Zostawiła wszystko: dom, ziemię i ogromny plac – dzisiaj tam jest najpiękniejsza, ekskluzywna dzielnica – i uciekła ze mną i moją siostrą, zdołała wziąć tylko dwa tobołki. Była z nami jeszcze rodzina. Wujek, który wrócił z obozu pracy, i razem z żoną (siostrą mojej mamy) postanowił również wyjechać. Zamieszkaliśmy razem, w trzypokojowym mieszkaniu na ul. Kosynierów Gdyńskich, na Sępolnie. Nas były dwie dziewczyny u wujostwa dwóch chłopców, w podobnym wieku. Po kilku latach zrobiło się ciasno. Mama załatwiła inne mieszkanie. Był to nieduży piętrowy jednorodzinny dom w willowej dzielnicy na Biskupinie, na ul. Sępołowskiej. Mieszkałyśmy na dole a na piętrze wdowiec z dwójką dzieci. Niestety władza ludowa wyrzuciła nas na ulicę w 1964 roku. Tego wdowca z góry też. Nikt się niczym nie przejmował. Nasz dom przejął ubek. Zresztą nie byliśmy jedyni. Jeśli ubekowi spodobał jakiś dom, to ludzi zaraz wyrzucano. Znam wiele takich przypadków i znam niektórych ubeków, którzy wykorzystywali swoje stanowisko.

Mama pracowała u sióstr zakonnych, pieniędzy starczało tylko na bieżące życie, dlatego po wyrzuceniu nas z domu nie mogłyśmy ani kupić mieszkania ani wynająć. Mama razem ze mną i siostrą przyszła do urzędu kwaterunkowego. Były krzyki, płacz i prośby, w końcu przyznano nam mieszkanie na ul. Baryckiej.

Wanda Bilnik była bardzo zdolna i bardzo ambitna ale też i biedna. Żeby studiować musiała pracować, dlatego wybrała studia zaoczne. Pierwszą pracę zawodową podjęła w kopalni odkrywkowej w Jaroszowie.

Mogła się kształcić dzięki sfałszowaniu swojej historii. Nazwiska nie dało rady zmienić ale życiorys sfabrykowała i dostosowała do wymogów ustroju socjalistycznego. Pisała, że pochodzi  rodziny chłopskiej. Nauczyła się nowego życiorysu i żyła nim do transformacji ustrojowej. Pamięta, jak mama (po przyjeździe do Wrocławia) budziła ją w nocy pytając o nową tożsamość. Nigdy się nie pomyliła. Zmieniony życiorys był jedynym ratunkiem przed represjami. Dla nowej, ludowej władzy córka rolnika nie była wrogiem klasowym.

Program wspierany przez Fundacje KGHM Polska Miedź

ZOSTAW ODPOWIEDŹ