Wysokie miejsce na liście nie zawsze gwarantuje wyborczy sukces

800px-sejm_rp-1_1.jpg

Panuje powszechne przekonanie, że pierwsze miejsce na liście daje pewność wejścia do sejmu. Jakie szanse daje start z dalszych pozycji? Tutaj sprawa nie jest tak oczywista. Wyniki poszczególnych kandydatów pokazują, że bardziej od numeru na liście liczy się osobowość kandydata.

„Jedynka” na liście nie gwarantuje automatycznie dostania się do parlamentu. Boleśnie przekonał się o tym między innym Janusz Piechociński, prezes Polskiego Stronnictwa Ludowego. Otrzymał on ponad osiem tysięcy głosów, jednak wynik jego partii był na tyle słaby, że będzie miała ona zaledwie szesnastu reprezentantów, a wśród nich nie znajdzie się wicepremier.

Na Dolnym Śląsku też mieliśmy ciekawe sytuacje. Głosy na listach nie zawsze bowiem rozkładały się pomiędzy kandydatów z wysokimi numerami. W okręgu legnicko – jeleniogórskim, zwyciężył PiS, otrzymując sześć mandatów. Pierwsza piątka pozostała bez niespodzianek – Adam Lipiński, wiceprezes partii, otrzymał ponad 26 tysięcy głosów. Każdy z kandydatów z pozostałych czterech miejsc otrzymał zaś ponad 10 tysięcy głosów. Szósty mandat przypadł natomiast Ewie Szymańskiej, startującej z odległego dwunastego miejsca. PO zdobyła z kolei cztery mandaty. Najwięcej głosów otrzymały osoby z pierwszego i drugiego dziecka, ale oprócz nich do sejmu dostała się Zofia Czernow (szóste miejsce) i popierany przez Grzegorza Schetynę Robert Kropiwnicki (ósme).

W okręgu wałbrzyskim zwyciężyła Platforma Obywatelska. Zapewne stało się to dzięki imponującemu wynikowi startującego z „jedynki” Tomasza Siemoniaka (ponad 30 tysięcy głosów). Minister obrony narodowej pozwolił tym samym na wejście do sejmu innym osobom z partii: kandydatki z drugiego, piątego i szóstego miejsca otrzymały po około 8 tysięcy głosów. Z kolei dobry wynik kandydatów PiS z miejsca 1 i 2 pozwoliły na wejście do sejmu startującego z „trójki” Piotrowi Murdzkowi (prawie sześć tysięcy głosów). To mniej niż Marek Dyduch ze Zjednoczonej Lewicy. Jednakże „ZLew” nie przekroczył progu, tak więc Dyduch musiał się pożegnać z marzeniami o mandacie posła.

Ciekawie wyglądała sytuacja w okręgu wrocławskim. Najwięcej głosów uzyskała tutaj Mirosława Stachowiak – Różecka – ponad 40 tysięcy. Druga była natomiast startująca z miejsca czwartego Beata Kempa (prawie 30 tysięcy.). Ponad siedemnaście tysięcy głosów zebrał poseł Jacek Świat (miejsce trzecie). Zaskakująco dobry wynik otrzymał Mariusz Orion Jędrysek. Profesor geologii startował z odległego, dziesiątego miejsca. Mimo to, poparcia udzieliło mu niemal czternaście tysięcy wyborców. To o tysiąc więcej niż startującemu z „dwójki” Piotrowi Babiarzowi. Dobre wyniki partii pozwoliły też wejść do parlamentu Przemysławowi Czarneckiemu (ledwo powyżej pięciu tysięcy głosów z wysokiego, piątego miejsca). 

Czarnecki pożegnałby się jednak z mandatem, gdyby próg przekroczyła partia KORWiN. Lider listy, Henryk Nowakowski, otrzymał we Wrocławiu aż 13 tysięcy głosów. Co ciekawe, drugie miejsce na liście zajęła Paulina Matuszewska, startująca z siódmego miejsca (ponad 2700 głosów). Przegoniła ona tym samym innych kandydatów poza partyjną „jedynką”. Wielką niespodziankę sprawiła też inna młoda działaczka. Małgorzata Tracz, liderka listy Zjednoczonej Lewicy, osiągnęła wynik na poziomie 14 tysięcy głosów. Klęska lewicy w wyborach sprawiła jednak, że nie dostała się ona do parlamentu.

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ