Czekanie na błysk pioruna

kod2.png

Na ulice miast, pod sztandarami KOD, wyszły tłumy, prowadzone przez nowe elity, wyhodowane w PRL i w nowej Polsce. Krzyczą, wzywają na pomoc Europę. Wszystko w imieniu Polski. Wszystko w dobrej sprawie. Ale hasła, pod którymi idą tłumy, mają wartość instrumentalną, służebną wobec antyrządowej polityki i stosunków społecznych.

Fenomen KOD-u jest zjawiskiem psychologicznym, któremu dopiero łże-elity nadają znaczenie polityczne, a nawet ideologiczne.

W przestrzeni publicznej dostrzegam rażące zakłócenia, anomalię kulturową i polityczną. Brakuje ludzi honoru, godności, wielkości, którzy by swoim autorytetem zagrodzili drogę do Targowicy. Brakuje tych, którzy stawiają normy moralne i wstyd przed zewnętrznymi normami przymusu i prawa. Brakuje ludzi z korzenia obrońców tradycji narodowej i niezawisłości Polski.

To oni, jak pisał Juliusz Słowacki, z imienia Polski zrobili „pacierz, co płacze i piorun, co błyska”. A co robi z imienia Polski sędzia Andrzej Rzepliński, prezes Trybunału Konstytucyjnego, odznaczony papieskim medalem Pro Ecclesia et Pontifice? To wielkie uhonorowanie przez papieża Franciszka.

„Myślę, że raczej jestem dłużnikiem Kościoła, niewiele mu dałem w sensie jakiejś aktywności – powiada prezes Rzepliński. – Dłużnikiem, bo trafiałem i w szkole na świetnych katechetów, którzy mnie formowali jako dobrego człowieka”. A zatem dobry człowiek może jeszcze wiele zrobić dla dobra Polski.

Hipnotyzerzy i ideolodzy

Gdzie się podziali ludzie na miarę czynów, których trzeba dokonać? Kiedy z imienia Polski zrobią nie tylko „pacierz, co płacze”, ale także „piorun, co błyska”? Gdzie się podział honor? „Honor nasz powinien polegać na służbie, komu zaś służymy, to wypisane jest w ostatnim słowie naszej odznaki – mówił 22 stycznia 1920 roku Józef Piłsudski na posiedzeniu Kapituły Virituti Militari. – Służymy Ojczyźnie, a służba jest niczym, jak słuchaniem praw przez Ojczyznę dla Ojczyzny”.

Ludzie honoru i godności zostali po wojnie zepchnięci na margines życia społecznego i politycznego. Stracili swoją pozycję wzorca w sferze moralności. Nastąpiło odwrócenie społecznej struktury poprzez nasycenie warstw wyższych ludźmi marnymi. Dzisiaj poseł mówi językiem chama, językiem lumpa i zachowuje się jak lump. Honor jest dla niego czymś śmiesznym. Jest fanaberią, kaprysem, słabością. Argumentem w dyskusji jest inwektywa, a nawet rękoczyny.

Elity nowej Polski pełnią wobec mas funkcje ideologiczne i hipnotyzerskie, a nie organizatorskie. Hipnotyzerzy i ideolodzy nie potrafią jednak ukryć natury realnej rzeczywistości, w jakiej wypada ludziom żyć. Niemoralność ludzi elit, skorumpowanie, nadmierne bogacenie się, układy mafijne – wszystko to pokazuje społeczeństwu, że w życiu każdy chwyt jest dozwolony i w konkretnej sytuacji jest moralny.

Nowe elity starają się dziś odróżnić od residuum nie tylko sposobem bycia i formami zachowania, ale także życiem towarzyskim, znajomościami, bywaniem w miejscach, które neofitę nobilitują i uszlachetniają. Ale daleko parweniuszom i neofitom do tradycyjnych elit, do ludzi honoru, dla których za zachowanie niegodne należało sięr wstydzić.

„Z psychologicznego punktu widzenia sfera ograniczeń nakładanych na zachowanie przez jakiś typ kultury może być podzielona na dwa obszary: regulowany przez wstyd oraz regulowany przez strach – pisał Jurij Łotman w eseju „O semiotyce pojęć wstyd i strach w mechanizmie kultury”. – W pewnym sensie podział ten można sprowadzić do potocznego rozróżnienia norm na moralne oraz prawne normy zachowania się”.

Zachowanie regulowane przez wstyd jest rozumiane jako organizacja wyższego rzędu. Bezwstyd niechybnie prowadził do utraty reputacji i zaufania. W sferze honoru wstyd był ocaleniem godności człowieka.

Honor i wstyd

Dzisiaj bezwstyd nie jest bezwstydem, a sądy, choć wsparte powagą togi, biretu i łańcucha, nie wymierzają sprawiedliwości. Zawiniła gruba kreska. „Grubym kreskom towarzyszy zawsze chrzęst tłuczonych luster – pisał Jerzy Szczęsny. – Gruba kreska z 1989 była tak gruba, że w jej wyniku nastąpiło przekroczenie granicy, poza którą takie kwestie, jak skrupuły, sumienie i odpowiedzialność, stały się iluzoryczne, a pojęcia takie, jak hańba, wina, skrucha i przebaczenie, zyskały status staroświeckich anachronizmów”.

Postępek niehonorowy przenosił człowieka ze sfery honoru i wstydu do sfery prawa i przymusu państwa. A dokąd postępek niehonorowy przenosi sędziów, wymierzających dziś sprawiedliwość? „Sędzia powinien zawsze kierować się zasadami uczciwości, godności, honoru, poczucia obowiązku oraz przestrzegać dobrych obyczajów” – mówi par. 2, rozdział 1 Etyki Zawodowej Sędziów (Uchwała nr 16/2003 Krajowej Rady Sądowniczej).

Czy wszystkie te zasady etyczne, obowiązujące sędziów – godność, honor, dobre obyczaje – mieszczą się w zachowaniu Andrzeja Rzeplińskiego, dobrego człowieka, prezesa Trybunału Konstytucyjnego, kawalera medalu Pro Ecclesia et Pontifice?

Z pewnością medal papieża Franciszka zobowiązuje prezesa TK do przestrzegania zasad honoru i wstydu. Medal niczym lina na wzburzonym morzu. Jeśli tak, to prezes Rzepliński powinien postąpić tak, jak człowiek honoru. Powinien ustąpić. Ale prezes schodzi z poziomu wstydu na poziom prawa, strachu i przymusu. Oznacza to etyczny regres, cofnięcie się do czasów, gdy wszystko było względne, nawet względna była godność.

Prezes trzyma się prawa, jak topielec brzytwy. Postępuje tak, jakby nie wiedział, że pewne ludzkie postępki, choć zgodne z prawem, mogą być określane przez ludzi honoru jako niemoralne. „Legal but immoral”. Niegdyś kwestie honorowe, moralne, rozstrzygały sądy honorowe, zawsze zgodnie z normami wstydu i honoru. Ale dziś zamiast sądów honorowych są jedynie sądy prawa i przymusu.

Wszystko zostanie po staremu?

Kiedy dziś patrzę na przywódców KOD, zastanawiam się, czy te elity polityczne wiodące lud przeciw rządowi, mają w sobie za grosz wstydu. Na pewno mają swoją władzę najwyższą: nie Sejm, nie Senat, ale Trybunał Konstytucyjny. Ta władza sędziów broni III RP, ustanowionej w willach gen. Kiszczaka i gen. Jaruzelskiego.

Czy z tego politycznego i moralnego chaosu można jeszcze coś uratować dla dobra Najjaśniejszej Rzeczypospolitej? Wydaje się, że podobnie myślał Giuseppe Tomasi di Lampedusa, patrząc na zrewoltowaną Sycylię czasów Garibaldiego. W swej znakomitej opowieści „Lampart” pisał:

„Dużo rzeczy się zdarzy, ale wszystko będzie tylko komedią… Chcecie tylko zająć nasze miejsca… Twój wnuk, drogi Russo, uwierzy święcie, że jest baronem; a ty dzięki swemu nazwisku, uchodzić będziesz, czy ja wiem, za potomka wielkich książąt moskiewskich, a nie za syna ryżego chama… A przedtem jeszcze twoja córka poślubi jednego z nas… kiedy zacznie się myć”.

Dużo rzeczy się zdarzy, ale wszystko, jak mi się zdaje, zostanie po staremu, wedle porządku, jaki w Polsce zaprowadzili komuniści miedzy czterdziestym czwartym i czterdziestym siódmym, przekształcając Polskę w kraj zagubionych w politycznej mgle Polaków, którzy wciąż dają się prowadzić ludziom z korzenia KPP/NKWD/PPR.

Wygląda na to, że w Polsce była tylko jedna rewolucyjna zmiana, która przeorała Polskę, przewartościowała i przemełła polskość, zostawiając sieczkę i plewy. Próby odwrócenia tej zmiany, dokonywane po 1989, należy nazwać dziecięcą chorobą prawicowości.

Za wiele było pacierzy, za wiele płaczu i skamlenia, a pioruna, który by błysnął i wszystko odmienił, nie było wcale.

 

autor: Michał Mońko

źródło: gazeta Obywatelska

g

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ