Jerzy Pawlas: Brukselska „rozpierducha”

Parlament europejski.jpg

PO-słowie nie kryli satysfakcji. Rezolucja Parlamentu Europejskiego umożliwia rozgrywanie spraw polskich na arenie międzynarodowej.

Zawłaszczony przez nich Trybunał Konstytucyjny, którego orzeczenia wyciekają do prasy, działający poza prawem, nadal pozostaje utrwalaczem rzeczywistości po-okragłostołowej (m.in. lustracja to destabilizacja kraju, uprzywilejowane emerytury esbeckie to prawa nabyte).

Po przegranych wyborach, PO pozostaje tylko „rozpierducha”, jak to – z właściwą sobie inteligencją i wdziękiem – określiła podczas debaty sejmowej PO-słanka Jolanta Hibner.

Polska jest krajem specjalnej troski, jest jednym z kłopotów UE – ubolewał Janusz Lewandowski po tym, jak PE przyjął rezolucję, ingerującą w wewnętrzne sprawy państwa polskiego.

To niezgodne z traktatem akcesyjnym, ale gdyby nie współredagowanie rezolucji przez Rafała Trzaskowskiego, b. PO-ministra spraw zagranicznych – jej treść mogłaby być jeszcze ostrzejsza. To bezprecedensowa sytuacja, gdy PE angażuje się po jednej ze stron konfliktu w kraju członkowskim. Rezolucja oddaliła rozwiązanie problemu TK, dyskredytując brukselską demokrację, która dyskryminuje państwa dbające o swoje interesy (o ile nie są Niemcami czy Francją), gdzie wyborcy powierzyli władzę partiom prawicowo-narodowym.

Sądząc po kłopotach UE (kryzys euro, terroryzm, niepoliczalna rzesza uchodźców), niemiecka kanclerka ma dość zajęć, a jednak znalazła czas dla Grzegorza Schetyny.

Prowadząc swą samozwańczą politykę zagraniczną, nie domagał się ani reparacji wojennych, ani zwrotu zagrabionych dzieł sztuki, ani nawet odszkodowań za zamknięcie granic dla polskiej siły roboczej (wbrew traktatowi akcesyjnemu) – lecz nacisków politycznych na demokratycznie wybrany polski rząd.

Nasi brukselscy przyjaciele nie mogą nie reagować, bo w Polsce źle się dzieje – usprawiedliwiał się przed opinią publiczną. PO zdała egzamin z psucia państwa (blisko bilionowe zadłużenie). Teraz zdaje go z donosicielstwa. Czyżby nie zauważyła, że długotrwałe konflikty z UE umocniły pozycję Węgier na forum międzynarodowym?

Zaprzańcy i skarżypyty

Kraj, który odwraca się tyłem do UE, musi liczyć się z sankcjami – odgraża się G. Schetyna, nie precyzując wszakże, gdzie tył, gdzie przód, ani nie podając odnośnych przepisów traktatowych.

Wtóruje mu Stefan Niesiołowski – domagając się nie tylko sankcji politycznych, ale również ekonomicznych.

Posłowie PO, Nowoczesnej, aktywiści KOD – „w poczuciu elementarnej troski o państwo” – pielgrzymują do biurokracji brukselskiej, wypłakując już to jakieś rezolucje (notabene w momencie, gdy powstał sejmowy zespół ekspertów do rozwiązania problemu TK), już to obietnice wszczęcia procedur badania praworządności. Zyskują paliwo do swej antypolskiej działalności, zaś biurokracja brukselska pomocników w pacyfikacji kraju członkowskiego, usiłującego akcentować swą podmiotowość.

Swoje antydemokratyczne, anarchiczne, niespotykane w cywilizowanych państwach poczynania, motywują „obywatelskim przymusem wewnętrznym” i „duchem obywatelskiego sprzeciwu”. Rezultaty groteskowe, bo antypolskie skarżypyctwo szkodzi polskiemu wizerunkowi w UE, i potem – musimy walczyć o dobre imię państwa – deklaruje PO-seł Arkadiusz Marchewka.

PO-słanki Julia Pitera i Róża Thun przechodziły same siebie, by utrącić kandydaturę Janusza Wojciechowskiego na audytora Europejskiego Trybunału Obrachunkowego, i świętowały zwycięstwo, gdy PE wygłosował go odmownie. Radość nie trwała jednak długo, bo ministrowie państw UE zaakceptowali w Luksemburgu polskiego fachowca. Donosy i intrygi kuluarowe spaliły na panewce w Radzie Europy. gdzie nie doszło do uchwalenia raportu o stanie polskiej demokracji.

Gdy Lech Wałęsa grozi wojną domową, prezes Andrzej Rzepliński skarży się w Sueddeutsche Zeitung, że sędziowie nie mogą pracować, bo PiS chce „zniszczyć Trybunał”, a nawet „odsunąć państwo od Europy”.

W tej konwencji zasmakowali aktywiści ekologiczni, donosząc do Komisji Europejskiej o zamachu PiS na Puszczę Białowieską. Jakby zapomnieli o rozporządzeniu marszałka Bronisława Komorowskiego, zabraniającym osobom, które naruszają powagę sejmu, przebywania na Wiejskiej.

Rewizorzy i wizytanci

Gdyby nie zaproszenie min. Witolda Waszczykowskiego, polska opinia publiczna nigdy nie dowiedziałaby się, czemu służy Komisja Wenecka i jak łatwo się kompromituje. Nie tylko przekroczyła zakres badanej sprawy, ograniczając się do rozmów z sędziami wybranymi przez PO, ale także „wyciekła” swą opinię do prasy, zresztą opowiadając się po stronie opozycji, która wmawia wszem i wobec, że zagrożone są praworządność, demokracja i prawa człowieka, nie podając wszakże żadnych konkretów.

Zaś Europejska Komisja na rzecz Demokracji przez Prawo (zwana Komisją Wenecką) odwołuje się w swych opiniach do „standardów europejskich”, notabene konstytuowanych przez takich członków jak Rosja czy Kazachstan.

Opinia o polskim TK wskazuje, że do owych standardów należy przemilczanie zdań odrębnych (sprzeciw Węgra Andrasa Vargi).

Podsumowując, urzeczywistnianie demokracji przez prawo kwestionuje wolne wybory, bo to ono, a nie elektorat, decyduje o formie rządów. W konsekwencji demokracja przez prawo sprowadza się do dyktatury lewicowo-liberalnej biurokracji.

Opinie Komisji Weneckiej nie są wiążące, ale odwiedzający nasz kraj urzędnicy brukselscy wzywają do poszanowania orzeczeń TK (działającego poza prawem).

Thorbjoern Jagland, sekretarz generalny Rady Europy, wyraził też nadzieję na owocny dialog między rządem, a opozycją. Frans Timmermans, wiceprzewodniczący KE, obiecał unijne wsparcie dla osiągnięcia kompromisu w sprawie TK. Odgrażał się, że przyjedzie sprawdzić, czy „Polacy się dogadali”, ale zaproszenie stołecznej prezydentki odwiodło go od tego zamiaru.

Pozatraktatowe poczynania brukselskiej biurokracji to reakcja na prawicowo-narodowy rząd, który nie poddaje się lewicowo-liberalnemu dyktatowi, zaznaczając swą podmiotowość w polityce międzynarodowej. To trudno tolerować, dlatego Jean-Claude Juncker, szef KE, wybrał Marka Prawdę na unijnego przedstawiciela w Warszawie.

Dotychczas był polskim ambasadorem w Brukseli, który nie protestował, gdy na stopniach jego placówki odbywały się demonstracje antyrządowe.

źródło: Gazeta Obywatelska

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ