W „minionym okresie”, gdy Bierut nosił na rękach znaną dziś reżyserkę, H., uczestniczkę manifestacji KOD, wozili mnie do sądów, żebym swoim dziecięcym zachowaniem, stojąc przy barierce oddzielającej sąd od sali, zmiękczał twarde serca sędziów

sady.png

Tamte czasy, zbrodnicze i okrutne, zwane są zwyczajnie „minionym okresem”. W „minionym okresie”, gdy Bierut nosił na rękach znaną dziś reżyserkę, H., uczestniczkę manifestacji KOD, wozili mnie do sądów, żebym swoim dziecięcym zachowaniem, stojąc przy barierce oddzielającej sąd od sali, zmiękczał twarde serca sędziów. Stałem tak oparty rekami o barierkę i, póki mnie nie wyrzucili na korytarz, wpatrywałem się w twarz sędziego.

Sędzia był jakby odczłowieczony, kiedy czytał ogłaszał wyrok śmierci po wyroku śmierci. No, w końcu to był pan śmierci. Twarz martwa, usta suche, wzrok utkwiony w litery, paragrafy i w to jedno słowo: śmierć. Zawsze bez zmrużenia powiek, z lekko pulsującymi żyłami na skroniach.

A jednak, pewnego razu, stojąc za barierką, dostrzegłem między adwokatem, a sędzią coś ludzkiego, jakiś ludzki odruch. Tuż przed wypowiedzeniem ostatnich słów wyroku, sędzia spojrzał nagle na adwokata. Ten zdjął okulary, zakrył jednym szkiełkiem oko i, o dziwo! – mrugnął do sędziego. W odpowiedzi powieki sędziego drgnęły, nawet przymknęły się z lekka, jakby ćwicząc wieczny mrok, który miał spotkać skazanego. I zaraz po tym sędzia zawyrokował: „Skazuję na karę śmierci”.

Gdzieś w piwnicach rozstrzeliwano, wieszano. Zaś na ulicy było życie. Transparent. Plakaty. Praca codzienna. Megafony krzyczały o planach i nadawały muzykę klasyczną i ludowa. Tu i ówdzie pod sklepami ustawiały się ogonki po cukier albo po ceratę.

Zdawało się, że świeci słońce, choć padał deszcz. A jeśli był sąd doraźny, wyrok był wykonywany na miejscu. Już były przyszykowane trociny pod nogi. Słoma pod plecy. Bo jak sąd doraźny, to z góry wiadomo było, że będą strzelać, zabijać. Kilku strzelało pod stodołą, pod remizą, pod płotem. Pogrzebu zwykle nie było. Ot, było zwyczajne grzebanie.

Zabijali najlepszych

Nie znosiłem pogrzebów. Za dużo było śmierci, żeby patrzeć na śmierć. Na pogrzeb wujka Konstantego nie poszedłem. Wujka zastrzelił milicjant. To się stało, gdy wujek trzymał mnie za rękę, a mleczarka podawała mi lody w wafelku. W listopadzie pięćdziesiątego ostatni raz byłem na pogrzebie. To był pogrzeb mego ojca, Stanisława. Ojciec miał wówczas czterdzieści lat. Nikt zwyczajnie nie umiera, gdy ma czterdzieści lat.

Czasy, gdy niektórzy umierali zbyt młodo, a znany z marszów KOD polityk L., syn szefa stalinowskiej prokuratury wojskowej, podawał stojącemu na trybunie Bierutowi kwiaty, zwane są dzisiaj czasami zbrodni. To były zbrodnie sądów, zbrodnie prawa, zbrodnie demokracji ludowej! Bo demokracja po polsku, to dyktatura i strzały w tył głowy. Nie prawo, nie uczciwe sądy.

Mój teść, prawnik, oficer artylerii po Włodzimierzu Wołyńskim, wspominał, że gdy wyszedł z obozu w Woldenbergu, jedni zaproponowali mu pracę w sądzie, inni w prokuraturze. Odmówił. Powiedział, że prawo w Polsce Ludowej umarło.

Ale wielu było odmiennego zdania. Zostali sędziami, prokuratorami, funkcjonariuszami milicji i więziennictwa. Skazywali na śmierć, zabijali wyrokiem albo strzałem w tył głowy. Zabijali najlepszych Polaków.

Nie miało znaczenia, czy te wyroki były efektem widzimisię, czy zostały podjęte zgodnie z prawem, czy rażąco naruszały prawo, a może wynikały z nienawiści do tych, którzy nie godzili się na Polskę komunistyczną.

Nietykalni

Prawo kwalifikuje dziś zbrodnicze czyny sędziów jako komunistyczne zbrodnie sądowe i zbrodnie przeciwko ludzkości. Ale dotąd nie udało się osądzić i skazać choćby jednego sędziego – zbrodniarza, choćby jednego prokuratora – zbrodniarza. Jeśli zdarzało się, że w nowej Polsce postawiono zarzuty funkcjonariuszom UB albo sędziom, żaden z nich nie poniósł konsekwencji karnych.

Sądy, mimo twardych dowodów, uniewinniły albo umarzały sprawy zbrodni sądowych, uzasadniając to „brakiem ustawowych znamion przestępstwa”. Niektóre sądy w ogóle odmawiały rozpatrzenia sprawy przeciwko sędziom – zbrodniarzom.

Sędziowie i sądy dzisiaj! Zwarte, bezrefleksyjne środowisko, niezdolne do samokrytyki. To środowisko nie służy społeczeństwu, to środowisko jest panem społeczeństwa. Nie ponosi żadnej odpowiedzialności za treść orzeczeń, za zgodność albo niezgodność z prawem i za przestrzeganie procedury. Utarło się, że od sędziów nie możemy niczego wymagać. Żadnej kontroli, żadnych uwag krytycznych. Żadnego dyscyplinowania. Żadnego oczyszczania tych, którzy mają brudne ręce. Żadnej lustracji.

Panowie w togach i biretach panują nad ludzkimi losami i są dożywotnio nietykalni. Od kiedy nietykalni? W „minionym okresie” moja siostra cioteczna, Marychna, została w Suwałkach sędzią z nakazu. Niedługo potem dostała karteczkę od władz, że ma skazać jakiegoś człowieka na 15 lat. Szepnęła o tym kolegom sędziom. Powiedzieli jej, że wygrała los na loterii. Bo władza jej ufa i na nią stawia, a to „wrota do kariery”.

Siostra rozpatrzyła sprawę i uniewinniła człowieka. Przyjechało dwu panów z Ministerstwa Sprawiedliwości. Zwolnili Marychnę z pracy i pozbawili ją możliwości wykonywania zawodu. Ale inni sędziowie, którzy sądzili zgodnie z zapisami na karteczkach, pracowali dalej! Byli wśród nich sędziowie starej daty i sędziowie młodzi, nieukształtowani życiowo.

Starsi sędziowie mieli doświadczenie służby dla władzy. Młodsi dopiero uczyli się służalczości. Jedni i drudzy odznaczali się marnością ducha i nie mieli predyspozycji do bycia sędziami.

Z owej tragicznej przeszłości sądów polskich – pozbawionych lustracji i odnowy – wyłoniły się sądy politycznej i moralnej korupcji. Ten obraz sądów przykrywa sztuczna rzeczywistość sądów kryształowych i sędziów niezawisłych. W tej sytuacji krytycy sądów i sędziów nazywani są przez łże-elity zwykłymi chuliganami politycznymi, niezadowolonymi z orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego.

Partia, która nie daje nałożyć Sejmowi kagańca, spreparowanego przez Trybunał Konstytucyjny, nazywana jest przez Frasyniuka grupą przestępców. Bugaj mówi wprost: „Jeszcze chwila i będziemy mieli tylko dwa wyjścia: albo PiS wszystko ułoży po swojemu, albo trzeba będzie PiS rozstrzelać. Trzeciego wyjścia nie ma”.

Przypomnę w tym miejscu po raz wtóry Sama Keena, filozofa, religioznawcę, współautora dokumentalnego filmu „Faces of the Enemy”. „Najpierw kreujemy wroga. Obraz wyprzedza broń. Myślimy o kimś na śmierć, zanim wymyślimy pociski, którymi zabijemy na śmierć”. Propaganda nienawiści zabija. Przed kilku laty zwolennik PO, Ryszard Cyba, krzycząc, że nienawidzi PiS, a także prezesa Kaczyńskiego, zastrzelił Marka Rosiaka, pracownika biura PiS w Łodzi.

Czy zatem Bugaj, który w obronie demokracji chce rozstrzelać PiS, myśli o strzelaniu w tył głowy? A może chce strzelać jak po procesach doraźnych. No to musi już szykować trociny pod nogi i słomę, taką plecionkę pod plecy rozstrzeliwanych. A strzelać będzie sam czy może jeszcze z kimś. Może z kierowcą z Wrocławia? Może z furiatem z Łodzi?

Furiat zapewne strzelałby z kałasza. Bugaj zaś precyzyjne w potylicę. Cóż, Bugaj chce rozstrzelać ludzi, żeby ocalić sądy. To już było w „minionym okresie”. 

auto: Michał Mońko

źródło: gazeta Obywatelska

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ