Witold Modzelewski: Czy Polska wymaga naprawy?

modzelewski.jpg

Pytanie w istocie nie ma sensu; gdy rozumiemy pod pojęciem „Polski” naszą państwowość – jej instytucje, prawo, a przede wszystkim ustrój, to proces naprawy musi być czynnością codzienną.

Dlaczego? Bo legislacja, administracja rządowa, sądownictwo, organy władzy, samorząd terytorialny wymaga – jak każdy twór ludzki – ciągłej konserwacji i napraw, zwłaszcza gdy jest często wykorzystywany przez tak niewprawnych – jak w naszej klasie politycznej – ludzi.

Zawłaszczona Polska

Polska została zawłaszczona, jej majątek albo zniszczono albo wykupiono za bezcen według zresztą dość nieskomplikowanego scenariusza: najpierw dużą firmę państwową niszczono za pomocą podatków (np. „popiwek”), jej działalność przedstawiano jako ekonomiczny skansen („socjalistyczny moloch”), potem za grosze wykupował je „zachodni inwestor” i od tej chwili nie był to już „nieopłacalny” i „nienowoczesny biznes”, lecz dochodowy interes. Proste? A jak sprzedano nasz przemysł tytoniowy, spirytusowy, stalowy? Może ktoś by to sprawdził? Wystarczy przypomnieć ówczesną prasę i głosy autorytetów, które wówczas (i dziś) grzmią na temat naszej gospodarki.

Repolonizacja

Zadziwia dobre samopoczucie byłego szefa Unii Wolności, pana Leszka Balcerowicza, który wciąż poucza wszystkich, jaka powinna być polityka gospodarcza w naszym kraju.

Nie chcę mu przypominać nieszczęść setek tysięcy (milionów?) ludzi, którym zniszczono miejsca pracy i perspektywy życiowe, przeprowadzając tzw. „szokową terapię ekonomiczną”, czyli zniszczenie części gospodarki państwowej i polskiego rzemiosła. Reszta szczęśliwie przetrwała jego rządy. Bo co go to obchodzi? Ale mam do niego pytanie: czy ucieczka z kraju około dwóch milionów ludzi nie jest najprostszą a zarazem najtragiczniejszą recenzją jego działalności? Wiem, że nic to go – jako liberała – nie obchodzi. I tu się różnimy.

Sądzę, że naprawa Polski ma polegać na jej repolonizacji. To polski kapitał ma być chroniony a nie dyskryminowany, polskie media mają dominować, a nie być marginesem rynku, zagraniczne firmy mają płacić podatki, a nie je „optymalizować”, politycy zaś mają słuchać się polskiej opinii publicznej, a nie jeździć po instrukcje do Berlina, Brukseli, Waszyngtonu, czy Moskwy.

„Opcja na Prawo”, oprac.red.

Autor jest profesorem Uniwersytetu Warszawskiego (Instytut Studiów Podatkowych).

źtódo: gazeta Obywatelska

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ