Jerzy Jachowicz: Różne standardy demokracji

kameron.jpeg

Patrząc z racjonalnej perspektywy na Davida Camerona, można go uznać za jedną z najważniejszych postaci polityki Wielkiej Brytanii ostatnich lat XX wieku i dwóch pierwszych dekad naszego.

Nie wiemy jakie były jego intencje gdy ogłaszał referendum w sprawie przynależności Królestwa Wielkiej Brytanii do Unii Europejskiej. Oficjalnie mówił, że referendum chciał umocnić swoją pozycję jako premiera, który będzie rządził następną kadencję. Nie ukrywał przecież, że chce poddać się pośrednio ocenie własnych obywateli. Był przekonany, że większość biorących udział w referendum opowie się za utrzymaniem Wielkiej Brytanii w UE. Większość komentatorów brytyjskich uznało rezultat referendum za porażkę Camerona. Podobnie jak on sam. Zrozumiałą i naturalną jego reakcją po ogłoszeniu wyników Brexitu była zapowiedź rezygnacji ze stanowiska premiera.

Jestem przekonany jednak, że patrząc z kilku punktów widzenia na krok Camerona, wynik referendum należy traktować jako sukces. I to w wielorakich aspektach. Jednym z najważniejszych osiągnięć Camerona jest po prostu praktyczne zastosowanie reguł demokracji do rozstrzygania ważnych kwestii życia społecznego i politycznego we własnym kraju, mimo że reguły owe, a ściśle ich wynik, mogą obrócić się przeciwko niemu, co właśnie miało miejsce.

Ilu przywódców znajdziemy dziś w demokratycznej Europie, którzy sami wyszliby naprzeciw oczekiwaniom zwykłych obywateli, aby takiej ocenie się poddać? Oczywiście, że we wszystkich państwach demokratycznych żelazną regułą weryfikacji polityków są wybory. Ale my mówimy o okresie między wyborami. Gdyż Cameron akurat w trakcie wyborów obiecał, że jeśli zostanie premierem, zgodnie z życzeniami części wyborców, najdalej za dwa lata zarządzi referendum. Więc to jedna ważna zasługa – dotrzymanie obietnicy danej wyborcom. Tym samym wytyczenie szlaku właściwego postępowania także jego następcom.

Natychmiast przychodzi mi na myśl przypadek Donalda Tuska jako odwrotność takiego postępowania. Przypomnę tylko dwie obietnice naszego byłego premiera, które świadczą o tym, z jaką lekkością naigrywał się ze swoich wyborców. Nawiasem mówiąc, obydwie te solennie składane deklaracje, z czego jedną obwieszczał w parlamencie przed posłami, połączy symbolicznie i praktycznie Bruksela. Pierwszą wygłosił na początku 2014 r., kiedy zaczęto przebąkiwać, że może nie będzie ubiegać się o trzecią kadencję premiera. Ma bowiem propozycję eksponowanego i niezwykle intratnego finansowo stanowiska w kierowniczych strukturach UE. Zażegnywał się wówczas, że nigdy nie wyjedzie do Brukseli, gdyż jako prawdziwy patriota zainteresowany jest jedynie kierowaniem sprawami kraju. Pół roku później, a było to po kilku tygodniach od momentu wybuchy afery podsłuchowej w restauracjach warszawskich, w których biesiadowała elita polityczna PO i różnej rangi biznesmeni, Donald Tusk obiecał, że w pierwszych tygodniach po wakacyjnej przerwie parlamentarnej, przedstawi szczegółowy raport związany z nagraniami w restauracjach „Sowa i Przyjaciele” oraz „Amber Room”. Po wakacjach sprawa – wraz z pierwszą obietnicą – wywietrzała mu jakimś trafem z głowy, a w grudniu pakował już walizki do Brukseli, grając wszystkim na nosie.

Przypomniałem ten drobiazg, żeby pokazać różnicę między stylem uprawiania polityki w dojrzałej demokracji zachodniej a polskiej postpeerelowskiej demokracji III RP. To nie tylko różnica stylów, to przepaść między standardami.

Dziś wiemy, że respektowanie przez Camerona reguł demokracji ma poważnie konsekwencje praktyczne dla całej Europy. A mogą one mieć charakter fundamentalny dla przyszłego kształtu UE oraz dalekosiężne skutki dla wielu krajów, w tym dla nas – Polski i Polaków. Mogą okazać się zbawienne, ale równie dobrze przynieść fatalne rezultaty.

Kolejnym, niestety gorzkim sukcesem decyzji Camerona jest smutna konstatacja, że Brexit nie nastąpił bez powodów. Że to sama UE, sposób postępowania jej kierowniczych gremiów, dostarczyły mocnych argumentów, aby nabrać niechęci do kurczowego trzymania się tej urzędniczej struktury wspólnoty europejskiej.

Większość znawców UE podkreśla niekorzystne zmiany, jakie w niej zaszły w ostatnich latach. Najważniejsza z nich to przypisanie sobie roli supernadzorcy nad wieloma wewnętrznymi, autonomicznych kwestiami poszczególnych krajów, często żywotnymi dla interesów obywateli danego państwa. Na przykład narzucanie poszczególnych krajom rozwiązań sprzecznych z tradycją, systemem wartości uznawanych za fundamenty budujące tożsamość narodową. Do narastających z każdym rokiem konfliktów między wymogami stawianymi przez UE a wieloma państwami dochodziło też na tle różnic kultury seksualnej, przede wszystkim stosunku do małżeństw homoseksualnych. Unia w ostatniej dekadzie forsowała na siłę lewicowe prądy multikulturowe, włącznie z ideologią genderyzmu, nieakceptowalnego w wielu krajach.

Kierownictwo UE i jej niektóre agendy zmieniły się w oświeconych policjantów narzucających modele, wedle których miałyby funkcjonować poszczególne organy państwa.

Prawdziwą twarz kierownictwo UE pokazało w pierwszych dniach po ogłoszeniu werdyktu Brexitu. Całą winę za taki właśnie rezultat szefostwo struktur UE obarczyło Wielką Brytanię, nie mając sobie nic do zarzucenia. Postawa liderów UE wyrażała pogląd, że Brytyjczycy nie dojrzeli aby korzystać z dobrodziejstw, jakie czerpali z UE i tym samym nie zasługują nawet, aby okazywać im życzliwość, jeśli idzie o terminy i warunki, na jakich mają się wynieść z UE.

Wszystko, co robiliśmy do tej pory, jest świetne w każdym calu. Wystarczy, jeśli zastosujemy niewielki makijaż. Tym samym udoskonalimy to, co zbudowaliśmy. Nadal będziemy stanowić europejskie supermocarstwo, dla którego Wielka Brytania mogłaby stać się w przyszłości kulą u nogi. Na szczęście już jej nie ma – snują swoje myśli potężne umysły z kierownictwa Unii.

Tę prawdę o Unii Europejskiej poznaliśmy także dzięki Davidowi Cameronowi.

źródło: gazeta Obywatelska

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ