Czarne protesty bardziej przypominają sabaty czarownic i seanse magii niż zloty wyzwolonych kobiet XXI wieku

marsz czarny.png


Mamy dość! – mówią. Dlatego „nie składają parasolek”. I generalnie są przeciw. Kolejna fala „czarnego protestu” mogłaby aspirować do roli nowych odcinków „Latającego Cyrku Monty Pythona”, gdyby miała choć setną część inteligencji brytyjskiej grupy. 

Ale nie ma nawet tysięcznej. Choć poczucie absurdu jest większe niż wtedy, gdy słyszeliśmy hasło „a teraz coś z zupełnie innej beczki”. Uczestniczki protestów (i uczestnicy, choć mniejszościowi) mają dość zaostrzania przez rząd ustawy antyaborcyjnej, choć rząd niczego nie zaostrza. Mają dość ingerencji państwa w ich życie prywatne, choć państwo wcale nie chce w nie ingerować. Mają dość policji obyczajowej, tyle że taka policja nie istnieje i rząd nie zamierza jej powoływać. Mają dość odbierania im praw, choć władza żadnych praw kobietom nie odbiera. Mają dość ingerencji Kościoła w ich życie, choć jeśli nie chcą mieć nic wspólnego z Kościołem i jego zasadami mogą to robić w najlepsze i bez żadnych konsekwencji. Protestujące (protestujący) mogą mieć dość czegokolwiek ze sfery prywatnej czy dotyczącej sumienia, nawet tego, że mają dość tego, czego mają dość, bo władzy to kompletnie nie interesuje. Także tej spod znaku PiS, co dla wielu jest trudne do pojęcia. Spory ideowe i o wartości są czymś elementarnym i normalnym w świecie, podobnie jak konfrontacja stanowisk, także tych prezentowanych na ulicy. Tyle że to kwestia społeczeństwa, a państwo (i jego organy) nie jest tu podmiotem. Jeśli ktoś ma tego dość, co w świecie jest normalne, to po prostu chce wyeliminować swoich oponentów, a przynajmniej zamknąć im usta. Nie broni więc wolności, tylko własnej wersji totalitaryzmu.

To, co wyróżnia „czarne protesty” czy też parasolkowe demonstracje, to poza absurdem i skrajną groteską, próba narzucenia własnego totalitaryzmu. Wszystko jedno, że ubranego w wolnościowe i tolerancjonistyczne hasła. Każdy totalitaryzm polega bowiem na nieuznawaniu innego punktu widzenia. Totalitaryzm tolerancjonistów niczym się nie różni od totalitaryzmu zamordystów, a jego metody są często nawet bardziej dotkliwe i głębiej ingerujące w prywatne życie obywateli niż w wypadku tego zamordystycznego. Jeśliby uczestniczki (uczestnicy) „czarnych protestów” chciały zademonstrować sprzeciw wobec rządów PiS, czyli zająć ściśle polityczne stanowisko, bez najmniejszych przeszkód mogłyby to robić. Ale wolą się bawić w przebieranki, a tym samym wystawiają się na analizę i ocenę samego zamysłu. A w wersji „czarnego” czy „parasolkowego” protestu ten zamysł to kompletne oderwanie się od rzeczywistości. Nikt nikomu w Polsce nie broni życia w matriksie „Gazety Wyborczej”, TVN, „Polityki”, Onetu, „Newsweeka” czy Radia Tok FM, ale warto mieć świadomość, że się w takim matriksie żyje. I że istnieje inny świat, wolny od kompletnego opętania tych środowisk i od ich totalnie zafałszowanej świadomości. Ta wizja ma tyle wspólnego z rzeczywistością, co obraz Zachodu w ZSRS od 1945 r. do 1990 r. Co nie znaczy, że nie jest faktem. Jest nim, a przy okazji dowodem bardzo trwałej, zbiorowej psychozy.

„Czarne protesty”, w których widać ogromne pokłady antyklerykalizmu i braku tolerancji, choć przedstawiają się jako wytryski tolerancji, mają w sobie ogromny ładunek magii, a wręcz czarów. Jeśli więc ich uczestnicy przedstawiają siebie jako racjonalną odwrotność religii, to efekt jest akurat przeciwny do zamiarów. Te protesty wypracowały już przecież całkiem imponujący wachlarz własnych praktyk magicznych, masę inkantacji oraz rytuałów, które mają umożliwić kształtowanie rzeczywistości. Tyle że z racjonalizmem nie ma to nic wspólnego, a nawet jest cofnięciem się do magicznych, przedhistorycznych czasów plemiennych, z czarownikami i szamanami, tyle że tym razem w żeńskiej wersji. Nie jest żadnym zaskoczeniem, że pytani przez reportera „Wiadomości” TVP1 uczestniczki i uczestnicy niedzielnych „czarnych protestów” (23 października), o co konkretnie im chodzi, nie potrafili nic sensownego powiedzieć. Tak to już jest w wypadku magii, że łatwo się wypowiada zaklęcia i podejmuje rytualne czynności, natomiast trudno jest wskazać, czego tak właściwie te zaklęcia i rytuały dotyczą. Jak na powtarzane do znudzenia hasła o nowoczesności i o tym, że jest XXI wiek, a nie średniowiecze, to mamy do czynienia z wyjątkowym wręcz kolapsem racjonalności i powrotem do praktyk magicznych, przy których owo zmitologizowane średniowiecze jest królestwem rozumu i postępu.

Uczestniczki „czarnych protestów” pewnie się oburzą, ale dla chłodnego obserwatora wymowa i sposób funkcjonowania podczas tych wydarzeń znacznie bardziej przypominają sabaty czarownic czy seanse magii niż zgromadzenia wyzwolonych przedstawicielek XXI wieku. Nic na to nie poradzę, ale tak to wygląda, gdy przyłożyć do „czarnych protestów” narzędzia analizy socjologicznej, antropologicznej czy etnologicznej. Jest w nich tyle racjonalności, co w seansach Anatolija Kaszpirowskiego pokazywanych w Polsce w latach 1989-1990. A nawet mniej, bo Kaszpirowski był jednak świadomym wszystkiego hochsztaplerem. Piszę o tym wszystkim z troską o uczestniczki „czarnych protestów”, gdyż stosowanie przez nie kompletnie nieracjonalnych (magicznych, czarnoksięskich) narzędzi i metod niczego nie rozwiązuje, a wręcz przeciwnie. Poza tym nawet jeśli nie są tego świadome, warto im uzmysłowić, że stosują metody z czasów przedhistorycznych, więc ich argumenty o walce ze średniowieczem same się ośmieszają i dyskwalifikują. Jeśli już nawiązuje się do oświecenia, warto mieć choćby elementarne pojęcie o tym, na czym to oświecenie polegało.

autor: Stanisław Janecki

foto: you tube print scrn

źródło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ