Samozwańczy ludzie kultury, tak jak samozwańcze elity, nie zamierzają zrezygnować ze swego komunistycznego powołania i dobrostanu

gp.jpg

Samozwańczy ludzie kultury, tak jak samozwańcze elity, nie zamierzają zrezygnować ze swego komunistycznego powołania i dobrostanu. Kolejny Kongres Kultury (promujący m.in. okultyzm) potwierdza ich pasożytnicze istnienie. Antyrządowych postaw nie zmienia nawet zapowiedź zmniejszenia podatków dla twórców.

Antypolska polityka

W stołecznym Teatrze Powszechnym, działającym w zaniedbanej cywilizacyjnie dzielnicy Praga, niemiecka fundacja propaguje walory homo-seksu, przekonuje do postępowego i ubogacającego multi-kulti oraz zachwala zalety imigrantów. 

Instytut Adama Mickiewicza usiłował jakoś umieścić polską twórczość artystyczną w międzynarodowym obiegu kultury, nie bacząc na to, że to, co nowoczesne i postępowe, starzeje się najszybciej. Swe działania wpisywał w globalną transformację kulturalną, w uniwersalistyczną projekcję kultury czy historii, a jego dyplomacja kulturalna nie stroniła od gender. W końcu przeszedł do historii jako obrońca homo-tęczy, prowokacyjnie usytuowanej przed kościołem na placu Zbawiciela.

Dla Juliusza Brauna, który realizował w TVP niemiecką politykę historyczną, emitując propagandowy serial „Nasze matki, nasi ojcowie”, Lis był obiektywny, a Pospieszalski robił rzeczy karygodne. Teraz Braun wszedł do Rady Mediów Narodowych, jako przedstawiciel opozycji. 

Opiekując się zabytkowym stalinowskim pałacem kultury, Renata Kaznowska nie tylko organizowała jego huczny jubileusz, ale także prowadziła remont Sali Kongresowej, którego koszty przekroczyły już zapewne koszty wyburzenia tego moskiewskiego potworka. To jednak nie koniec jej dokonań, bo gdy wynajęła na „dogodnych warunkach” lokal tzw. kodziarzom, awansowała na stołeczną wiceprezydentkę. 

„Czerwona hołota” zamianowała się elitą i – tak już pozostało. Artyści chętnie ją legitymizowali (i utożsamiali się z nią), bo zawsze mieli jakieś korzyści (jak nie krajowa kasa, to zagraniczne fundacje). Peerelowscy beneficjenci niepostrzeżenie stali się beneficjentami transformacyjnymi – sprawując rząd dusz ku chwale kolejnych wariacji marksizmu. Bez opcji zero nic się nie zmieni, bo sfera kultury nigdy nie była reformowana.
Komedianci i skandaliści

Postępowi artyści dzielnie walczą z „upiorami” – a są nimi – kanon tradycyjnej sztuki (prawda, dobro, piękno), nie mówiąc o patriotyzmie, nacjonalizmie (pojmowanym jak szowinizm) czy martyrologii. Chcą odzyskać klasykę, w imię postępu i nowoczesności, przedrzeźniania i karykatury. Dziedzictwo kulturowe powinno być odczytane na nowo, przez okulary neomarksizmu-genderyzmu, przy założeniu, że polskość to nienormalność, pasmo błędów i zaściankowość.
Kultura ma mieszać ludziom w głowach – głosi nowatorski reżyser Michał Zadara, jeden z współzałożycieli stowarzyszenia Obywatele Kultury. I jest konsekwentny. 

W jego inscenizacji „Dziadów”, aktor grający Konrada-Gustawa, podczas Wielkiej Improwizacji popija gorzałkę i po prostu sika. 

Inni też „mieszają”. Tadeusz Słobodzianek w „Naszej klasie” bezkompromisowo oskarża Polaków o zbrodnię jedwabiańską. W dramacie „Swarka” reżyserka Katarzyna Szyngiera usprawiedliwia sprawstwo ukraińskich szowinistów w Ludobójstwie Wołyńskim. 

No, a skoro reżyserzy, to i aktorzy, i piosenkarze. Krystyna Janda strofuje Kościół, że nie popiera KOD, i wzywa kobiety, by strajkowały w obronie niekonstytucyjnego projektu ustawy aborcyjnej. 
Michał Żebrowski, dyrektor Teatru 6. piętro, „osobiście” sprzedaje bilety podczas protestu feministek-aborterek. 
Zaś Zbigniewowi Hołdysowi nie brakuje wyobraźni. Obecna sytuacja w kraju przypomina mu czasy komuny.
Wrocławski Teatr Polski, którego skandaliczne inscenizacje nie uchroniły od bankructwa, stał się ośrodkiem anty-PiS-owskiego protestu i postępowej sztuki. Jego sprawca, legitymujący się tylko średnim wykształceniem, oskarżony o mobing, schronił się w ławach poselskich. Tymczasem konkurencja nie próżnuje. Warszawski Teatr Narodowy parodiuje „Pana Tadeusza”. W scenograficznej i reżyserskiej wizji Piotra Cieślaka społeczeństwo to sfora psów, wroga wobec obcych. Postępowa elita przygląda się mu jak w ogrodzie zoologicznym. Jakby było mało krajowych wizjonerów-obrazoburców, na bydgoski Festiwal Prapremier sprowadzono chorwackiego reżysera Olivera Frljicia z jego przedsięwzięciem „Nasza przemoc, wasza przemoc”, w którym profanuje flagę narodową i obraża uczucia religijne. Organizatorzy festiwalu nie mieli czystych intencji, skoro zataili przed resortem kultury (dofinansowanie) ideę tego spektaklu.

Beneficjenci dotychczasowej polityki kulturalnej (pozbawieni dotacji dla swej neomarksistowsko-antypolskiej kontrkultury) nie mogą pogodzić się z utratą uprzywilejowanej pozycji. Obrażeni, głoszący na protestach demagogiczne hasła, organizują w Brukseli debatę – „kultura w czasie politycznych represji” – jakby miała ona jakiekolwiek odniesienie do rzeczywistości.

Koniunktura plastyczna i skarbnica pamięci

Nowoczesna sztuka szybko zużywa się, więc można mieć nadzieję, że lewactwo i poprawność polityczna przestaną okupować galerie i muzea, zresztą popierane przez kuratorów i branżowe czasopisma. Synonimem postępu stało się popieranie ekspansji LGBT, antyklerykalizm, pogarda dla myślących tradycyjnie, wspólnotowo czy patriotycznie. Jak na razie jednak w internecie jawią się przede wszystkim osiągnięcia Krzysztofa Wodiczki, Artura Żmijewskiego, Pawła Althamera, Joanny Rajkowskiej, które uparcie reprezentują polska sztukę współczesną. 

Tylko nieliczne galerie (m.in. poznańska Galeria Miejska „Arsenał”) prezentowały dzieła artystów – mówiąc ogólnie – nielewicowych (Zbigniew Werpechowski, Jacek Adamas, Jerzy Kalina, Wojciech Korkuć, Jerzy Fober). Teraz – po zmianie władzy – ich twórczość może wchodzić „na salony”. A i lewactwo zrozumiało, że ich nietolerancyjna destrukcja może ewoluować, tym bardziej, że przestały działać układy tzw. III RP pozwalające żyć na koszt podatnika.
We wrocławskim Centrum Historii Zajezdnia honoruje się pamięć wszystkich uczestników (bohaterów) ruchu społecznego „Solidarność”. Ekspozycję uzupełniają darowizny mieszkańców. To nie jest miejsce „stronniczej polityki historycznej”, jak choćby Europejskie Centrum Solidarności, powstałe na gruzach Stoczni Gdańskiej, gdzie w swoim gabinecie króluje „Bolek” noblista. 

Powstające w Warszawie Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL (w więzieniu przy Rakowieckiej) będzie miało znacznie więcej oryginalnych eksponatów (złośliwi mówią, że w celach można by osadzić żyjących jeszcze zbrodniarzy komunistycznych). Tymczasem kontrola NIK ujawniła antymuzealną politykę rządu PO-PSL. Inwestycje były przeciągane i przepłacane. Muzeum II Wojny Światowej jest spóźnione o dwa lata, a nakłady zwiększono o 90 mln zł (o 25 proc). Musem Historii Polski jest spóźnione o sześć lat, zaś do Muzeum Historii Żydów Polskich (też spóźnionego o cztery lata) dopłacono 58 mln zł i z budżetu stolicy – 50 mln zł. 
W 2009 roku stołeczna prezydentka siłami porządkowymi usunęła kupiecki dom towarowy, by powstało w tym miejscu Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Nie ma go do dziś, choć prace projektowe już pochłonęły 11 mln zł.

„Smoleńsk”, „Wołyń” i „Powidoki”

Nadal nie brakuje realizatorów „polityki wstydu” zachęconych reklamą mediów „głównego nurtu”, kontynuujących wzorce „Pokłosia”, „Idy”, „W ciemności”. W ubiegłym roku na gdyńskim festiwalu nagrodzono wypracowanie niemiecko-polskie pt. „Letnie przesilenie”, o dobrym Niemcu i złym Polaku (m.in. kradnie żydowską walizkę). W tym roku wiele mówiono o „Zaćmie” Ryszarda Bugajskiego, który tworzy kolejną legendę „żydokomuny”. „Krwawa Luna” (komunistyczny zbrodniarz Julia Bristygierowa), której udało się ujść karze, poszukuje jakichś wartości duchowych. 
Takie produkcje firmuje Państwowy Instytut Sztuki Filmowej, który – zdaniem jego profitentów – uniezależnił polskie kino od kaprysów władzy. Nie obyło się jednak bez tradycyjnej cenzury środowiska filmowego, które nie może wybaczyć Jerzemu Zalewskiemu filmu „Obywatel poeta”, w którym Zbigniew Herbert określa Adama Michnika jako manipulatora i człowieka złej woli. I tak jego film „Historia Roja” nie znalazł się w gdyńskim konkursie.
Premiera „Smoleńska” wywołała fale krytyki mediów „głównego nurtu” i powrót upowszechniania kłamstw smoleńskich. Joanna Schmidt (.N) przestrzega dyrektorów poznańskich szkół, ze film przedstawia „prawdę PiS o katastrofie”. Wcześniej wielu aktorów odgrażało się, że nie będzie grać w filmie ani go oglądać. Reżyser Antoni Krauze pokazał mechanizmy manipulacji medialnej i żmudną drogę do prawdy o katastrofie. Film powstał bez wsparcia państwowego mecenatu. W ciągu 20 dni obejrzało go ponad 400 tys. widzów.

„Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego nie dostał prestiżowych nagród (wyróżnił go Jacek Kurski, prezes TVP), ale może liczyć na zainteresowanie publiczności. Przecież nawet posłowie bali się używać terminu „ludobójstwo wołyńskie”. Czas pokaże, czy będzie przełomem w relacjach polsko-ukraińskich, czy zmieni pojmowanie historii przez ukraińskich szowinistów, tym bardziej, gdy reżyser mówi o „polskim odwecie”, podczas gdy była to samoobrona. 
Tak czy owak, oba wspomniane filmy zapewne lepiej prezentowałyby polskie sprawy na arenie międzynarodowej, niż „Powidoki” Andrzeja Wajdy (dramat lewicowego awangardowego artysty, zmagającego się socrealistycznymi kuklturtregerami), nominowane przez środowisko filmowe do nagrody Oscara.

Jeżeli miałaby to być jakaś naciągana aluzja do współczesności, to byłaby równie fałszywa, tendencyjna i żałosna, jak „Wielki tydzień” – kłamliwy kiks – który przydarzył się wielkiemu mistrzowi polskiej szkoły filmowej.

autor: Jerzy Pawlas

źródło: gazeta Obyatelska

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ