Wrocław: Rusza proces protestujących przeciw wydawaniu publicznych pieniędzy na twardą pornografię

plak1.jpg

Dobrze by było powiedzieć, że seks na deskach Teatru Polskiego w obecności dzieci i młodzieży za publiczne pieniądze skończył się źle i zostaną z tego tytułu wyciągnięte konsekwencje prawne. Niedobrze jest jednak, gdy dowiadujemy się, iż na ławach oskarżonych zasiadła katolicka młodzież protestująca przeciw wydawaniu publicznych pieniędzy na twardą pornografię w jednym z centrów wrocławskiej sztuki, zamiast osób inicjujących wydarzenie i robiących wszystko, aby spektakl się odbył. Gorzej, gdy sąd odbiera prawo do obrony oskarżonym, uznając, że sprawa jest oczywista. Czy w Polsce istnieją jeszcze granice zgorszenia propagowanego przez lewicowych ideologów?

Dla tych, którzy nie doczytają do końca: rozprawa w tej sprawie planowana jest na 2. grudnia na godz. 10 w sali sądowej nr 273 w Sądzie Rejonowym dla Wrocławia Śródmieście i jest otwarta dla mediów i publiczności.

Czy sprawiedliwość jest taka sama dla wszystkich?

Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne” odpowiada na tak postawione pytanie art. 32 ust. 1 Konstytucji RP.

Wszyscy znamy Temidę i nie tyle z mitologii greckiej, co jako powszechny element architektury wielkomiejskiej. Widząc panią z opaską na oczach, trzymającą w jednej dłoni miecz, a w drugiej wagę, instynktownie wiemy, że mamy do czynienia z gmachem sądu. Instytucją, w murach której powinno być tyleż samo cegieł i zaprawy, co bezstronności. Jednak, czy tak rzeczywiście jest? Otóż nie. Problem z bezstronnością dostrzegalny jest w Sądzie Rejonowym we Wrocławiu, nad którego wejściem stoi rzeźba uosabiająca sprawiedliwość bez opaski na oczach. W latach 2005-2006 wrocławskiej Temidzie założono metalową opaskę, jednak pod wpływem batalii przeprowadzonej m.in. na łamach Gazety Wyborczej, rzeźbie przywrócono pierwotny wygląd. Podobno artysta, Theodor von Gosen, wstawił w źrenice posągu złote pierścienie, żeby spojrzenie sprawiedliwości miało w sobie blask.

W Sądzie Rejonowym we Wrocławiu ruszył proces dotyczący sprzeciwu wobec wystawiania porno-spektaklu na deskach teatru publicznego. Sprzeciwu wobec promocji pornograficznej propagandy w społeczeństwie za publiczne pieniądze (sic!), a przede wszystkim nie tylko w społeczeństwie jako takim, ale także wśród dzieci i młodzieży. Warto bowiem wspomnieć o tym, że na spektakl, na którym miało dojść do aktu kopulacji, wprowadzano również osoby nieletnie, w tym dzieci. Na ławie obwinionych zasiadli członkowie i sympatycy ONR-u. Osoby te oskarżano o to, że w dniu 21 listopada 2015 około godziny 18:00 we Wrocławiu na ul. Gabrieli Zapolskiej 3 przed Teatrem Polskim, zakłóciły ład i porządek publiczny w ten sposób, że wspólnie i w porozumieniu z innymi osobami, trzymając się za ręce, zablokowali wejście główne do teatru, czym utrudnili wstęp zaproszonym gościom na premierę spektaklu „Śmierć i dziewczyna”, a następnie, w trakcie czynności służbowych policji, nie okazały dokumentów tożsamości. I choć nie okazały dokumentów, to jakimś dziwnym trafem podczas zatrzymania w policyjnych radiowozach, nastąpiło spisanie, jak też brak zgody na przyjęcie mandatu w wysokości 300 zł. W konsekwencji nieprzyjęcia mandatu odbyło się dnia 8 lipca 2015 roku posiedzenie sądu bez udziału stron i wydanie wyroku nakazowego, w którym obwinionym zasądzono po 500 zł grzywny. Oskarżeni, nie uznając przypisywanej im winy, wnieśli sprzeciw od tego wyroku. Stąd dziś ich los jest ważony przez wrocławską Temidę w postępowaniu zwyczajnym, która na pierwszym posiedzeniu z blaskiem w oczach zakomunikowała, że obwinionym nie przysługuje prawo do obrońcy z urzędu, ponieważ sprawa jest tak oczywista, że wystarczy nie być przygłupem i znać język polski. Jednak nie wszystko w tej sprawie jest takie oczywiste, jak twierdzi Temida z blaskiem w oczach.

Pod koniec ubiegłego roku, dyrektor Teatru Polskiego we Wrocławiu, Krzysztof Mieszkowski, piał w mediach, że gwałcona jest wolność wypowiedzi artystycznej. Cenzura według jego słów była wszechobecna, a źródło „reżimu” rodem z PRL-u. Domagał się natychmiastowego odwołania naczelnego kontrolera kraju w osobie MKiDN Piotra Gilińskiego. Faszyzmem nazywał wszelką krytykę dotyczącą sposobu wydatkowania dotacji wyasygnowanych na działalność placówki, którą zarządzał. Siebie nazywał człowiekiem kultury i w swym mniemaniu był największym obrońcą osiągnięć ponowoczesności przed wszystkożernym katolstwem i czarnosecinną tradycją endecką. Na pytanie o seks na deskach teatru, jak na prawdziwego relatywistę przystało, raz mówił, że był to marketing i prowokacja, innym razem, że nie było to ani jedno, ani drugie. Rozwodził się o rzeczywistości, która jest prowokacją oraz o świecie, który jest skandalem. Na pytanie, co ma do powiedzenia wszystkim oburzonym, że takie przedsięwzięcie zostało sfinansowane z ich kieszeni, stwierdzał, że ludzi błędnie poinformowano. Niekonkretnie wypowiadał się o tabloidowej świadomości i o wypranych mózgach sterowanych przez media. Jak każdy lewicujący ateista winił wszystkich i wszystko poza sobą. Jednak z biegiem czasu ta płynna paplanina okazała się być bardziej epizodyczna i fragmentaryczna, niż to założył Bauman. Okazała się czystą bzdurą.

Lipcowy protest był próbą zaprzestania popełnienia przestępstwa w formie publicznego prezentowania i propagowania treści pornograficznych przez Teatr Polski we Wrocławiu. W doktrynie prawa panuje pogląd, według którego charakter pornograficzny posiadają treści mające na celu wywołanie podniecenia seksualnego, a rozstrzygając kwestię, czy dana prezentacja ma taki charakter, należy zwracać uwagę na subiektywny nastrój woli twórcy, który odbija się w samym dziele. Okoliczności wydarzeń wskazują na to, że czyniąc z występu aktorów porno główną atrakcję spektaklu „Śmierć i dziewczyna”, zamiarem twórcy było wywołanie podniecenia nie tylko w trakcie spektaklu, ale i przed nim. Przestrzeń publiczna była tygodniami zasypywana informacjami, że podczas spektaklu ma być pokazany pełny akt seksualny w wykonaniu specjalnie sprowadzonych z zagranicy aktorów pornograficznych. Dodatkowo bulwersującą była informacja, że w spektaklu weźmie udział nieletni pianista.

Dyrektor Mieszkowski nigdy nie wypowiedział się konkretnie na temat tego, czy był seks na scenie czy też go nie było. Całe szczęście dziurę informacyjną wypełniła reżyser spektaklu Ewelina Marciniak, która w programie „Hala odlotów” wyemitowanym 26 listopada 2015 roku, radośnie zakomunikowała Polsce: „Mieliśmy próbę, gdzie ten akt seksualny na próbie był wywalony, my go widzieliśmy i doświadczyliśmy tego”. W dalszej części programu dodała, że plany artystyczne zmieniły się w ostatniej chwili. Na podstawie jej słów można domniemywać, że nastąpiło to pod wpływem nieprzewidzianych okoliczności – rzeszy osób protestujących pod Teatrem, osób zdeterminowanych, by przerwać trwające od tygodni łamanie prawa.

Protest był nieodzowny, a jego forma jak najbardziej właściwa, gdyż zawiodły wszystkie podejmowane wcześniej środki. Warto przypomnieć, jakie działania zostały zainicjowane przed premierą porno-spektaklu. Radni Sejmiku Dolnośląskiego żądali od Marszałka Województwa Dolnośląskiego, by zdjął spektakl z afisza – bezskutecznie. Marszałek Cezary Przybylski nie zareagował również na pismo Akcji Katolickiej, która domagała się wstrzymania spektaklu. MKiDN w liście urzędowym do Marszałka oczekiwał od niego, że: „w trybie natychmiastowym nakaże wstrzymanie przygotowań premiery w zapowiadanej postaci, łamiącej powszechnie przyjęte zasady współżycia społecznego”. Poza bezpośrednimi działaniami skierowanymi do instytucji nadzorującej działalność Teatru Polskiego we Wrocławiu, miały miejsce także akcje pośrednie. W okresie przedpremierowym portal społecznościowy Facebook dwukrotnie zablokował konto Teatru Polskiego za publikowanie obscenicznego plakatu „Śmierć i dziewczyna”, a pod elektroniczną petycją przeciw pornografii na scenie Teatru Polskiego we Wrocławiu, podpisało się ponad 52 tysiące osób.

Końcówka 2015 roku dla wrocławian była przyprawiona przysłowiową łyżką dziegciu, zawiodła policja i prokuratura, które to są odpowiedzialne za przestrzeganie prawa karnego. Nic nie zrobiono z propagowaniem porno wydarzenia w środkach masowego przekazu, czy rozplakatowaniem Wrocławia nieprzyzwoitym plakatem, który z treściami propagowanymi w mediach wywoływali tylko podniecenie seksualne, zarówno u dorosłych, jak i nieletnich. Gwoli sprawiedliwości należy dodać, że w sztuce dopuszczalna jest nagość, dopuszczalna jest erotyka, ale nie ma w niej miejsca na porno. Aktor porno to nie aktor sceniczny! To osoba trudniąca się społecznie nieakceptowalnym zajęciem, które zasługuje na potępienie ze względu na wielorakie szkody, jakie wyrządza przemysł porno. Nie ma i nie może być zgody na promowanie porno na scenach Teatru Polskiego, który jest instytucją kultury, na której ciąży szczególny obowiązek rozpowszechniania tego, co nazywamy sztuką wysoką – stąd też dla tego sektora są dotacje państwowe i samorządowe. Czy w przypadku tzw. aktorów porno w ogóle można mówić o grze teatralnej? – to oczywiście pytanie retoryczne. Porno aktor sprzedaje swoje ciało w celu odbycia aktu seksualnego, który jest utrwalany, a następnie rozprowadzany za pieniądze i właściwie nie różni się to niczym od tego, co zwiemy prostytucją, która również jest powszechnie potępiana – i ma to swoje uzasadnienie zarówno zdrowotne, jak i społeczne. Było to oczywiste dla wszystkich aktywnie zaangażowanych w protesty, jaki i dla tych, którzy przyglądali się im z boku.

Podczas lipcowych wydarzeń we Wrocławiu mieliśmy do czynienia nie dość, że z propagowaniem porno, jako zawodu (wszechobecna informacja o aktorach porno), to jeszcze z płaceniem za usługę porno (przynajmniej jeden akt płciowy odbył się na deskach Teatru), czyli finansowaniem przemysłu porno ze środków publicznych. Za próby przed występem i trzy spektakle porno-agencja PH Entertainment Group otrzymała blisko 19 tys. zł. Do tego należy doliczyć koszty zakwaterowania porno „gwiazd”, które mogły osiągnąć nawet 10 tys. zł. Jednak największy skandal zlokalizowany jest w dalszym planie opisywanych zdarzeń. Mowa tu o właścicielu agencji Petru Hrebecu, czeskim modelu i aktorze gejowskich filmów pornograficznych, właścicielu kilku stron z twardą pornografią, a także męskiej prostytutce wyceniającej się na 200 euro za godzinę. Agencja PH Entertainment Group została zarejestrowana 1 października 2015 roku i wygląda na to, że powołano ją specjalnie do obsłużenia wrocławskiego spektaklu. Stanowi to nadużycie uprawnień przez dyrektora Mieszkowskiego, który działał tu ewidentnie na szkodę interesu publicznego. Teatr Polski opłacił człowieka, który zawodowo występuje w roli właściciela stron porno, aktora porno i prostytutki, a dzięki firmie PH Entertainment Group także jako sutenera aktorów porno. Ostatnią działalność zawdzięcza wyłącznie umowie zawartej z Teatrem Polskim we Wrocławiu.

Do tej pory w przedmiotowej sprawie odbyły się dwa posiedzenia sądowe. Na obu rozprawach ława oskarżonych była za krótka, by zmielili się na niej wszyscy obwinieni. Na drugim posiedzeniu oskarżyciel publiczny z Komendy Policji Stare Miasto, jako dowód w sprawie zaprezentował materiał filmowy, na którym poza funkcjonariuszami nieprzebierającymi w środkach przymusu bezpośredniego w celu rozbicia blokady przy jednym z wejść do Teatru, widać, jak co i rusz wejściem drugim wchodzą na spektakl osoby małoletnie. Nie raziło to oskarżyciela ani tym bardziej odbiło się w jakikolwiek sposób na postawie sędziego. Nie było również istotne, że w trakcie blokady dokonano funkcjonariuszom policji zgłoszenia zamiaru popełnienia przestępstwa ani że przestępstwo takie zostało już popełnione podczas jednej z prób, za to istotny był fakt nie okazania dokumentów tożsamości przez protestujących. Widoczny był zupełny brak refleksji organów wymiaru sprawiedliwości: czy aby na pewno na ławie oskarżanych zasiadają właściwe osoby. Blask w spojrzeniu wrocławskiej Temidy jest iście porażający.

źródło: kierunki.info.pl

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj