Zagłada z kosmosu. Wielkie wymieranie było natychmiastowe?

Antarktyda była kiedyś krainą ciepłą i pełną zwierzyny. Ten idylliczny obrazek zniszczyła ta sama katastrofa, która doprowadziła do wyginięcia dinozaurów.

Obecnie południowy kontynent to lodowe pustkowie, na którym żyją pingwiny, lamparty morskie i foki. Jednak nie zawsze tak było. Brytyjscy uczeni dowodzą, że uderzenie planetoidy, które położyło kres erze dinozaurów, było odczuwalne także na peryferiach Ziemi.

Powszechnie przyjęta teza głosi, że planetoida uderzyła w Ziemię tam, gdzie przelewają się dzisiaj wody Zatoki Meksykańskiej. Na dnie zatoki położony jest krater Chicxulub , mierzący 150 km szerokości, o średnicy ok. 240 km i głębokości 1 km. Stało się to ok. 66 mln lat temu, czyli pod koniec okresu zwanego kredą.

Do tej pory uważano, że wymieranie życia na Ziemi było stopniowe. Po uderzeniu nastąpić miała seria powodzi i wybuchów wulkanów, a także zmiany klimatu. Teraz uczeni sformułowali nową hipotezę – wymieranie było nagłe i gwałtowne.

W trakcie trwających sześć lat badań zanalizowano dane pochodzące z 377 stacji badawczych na Antarktydzie.  Łącznie przebadano 6 tys. skamieniałości – przede wszystkim małż i ślimaków, ale też przodków ośmiornic, a nawet mozazaura – jaszczurki, która mierzyła nawet 17 m długości. Dla wielu gatunków zapis kopalny urywa się ok. 66 mln lat temu. A to oznacza, że w bardzo krótkim czasie mogło wymrzeć nawet 61% ówczesnego życia.

Naukowcy podkreślają, że szerokość geograficzna nie miała większego znaczenia. Rozmiary kosmicznej katastrofy były tak ogromne, że zagłada z kosmosu nie ominęła żadnego miejsca na Ziemi.

Źródło: crazynauka.pl

ZOSTAW ODPOWIEDŹ