Młody Tusk był słupem dla państwa P. – przesłuchanie syna premiera to potwierdziło

fot. youtube.com

To miało być jedno z najciekawszych przesłuchań przed komisją śledczą. I – wbrew pozorom – było. Nie tylko dlatego, że za stołem dla świadków usiadł syn byłego premiera w towarzystwie byłego wicepremiera jako swojego pełnomocnika. I mimo że posłowie w dużym stopniu nie przygotowali się do tego przesłuchania. Oto moje pięć wniosków po zeznaniach Michała Tuska.

1) Był on w faktycznym konflikcie interesów. Dowiódł tego wątek dotyczący maila, którego wysłał do swojego przełożonego z OLT Jarosława Frankowskiego. Jednocześnie był wówczas zatrudniony na etacie w gdańskim porcie lotniczym. Jak przyznał wczoraj prezes lotniska, a dziś sam Tusk, jego obowiązkiem było wówczas dbać o wszystkie linie, jakie korzystały z obiektu w Rębiechowie.

Tymczasem pewnego dnia Michał Tusk występuje do dyrektora z OLT o zielone światło dla podesłania zaprzyjaźnionym dziennikarzom materiałów umożliwiających „przywalenie LOT-owi”. Jak sam stwierdził, sprawowane wtedy przez niego funkcje należy rozdzielać, bo… praca dla OLT Express była – jak powiedział – elementem jego życia prywatnego. I beztrosko oznajmił, że ów mail został wysłany po godzinie 19. (a zatem poza godzinami pracy na lotnisku), a poza tym w czasie urlopu.

Klasyczna sytuacja: do 16. jestem policjantem, a po fajrancie idę kraść.

2) Tuskowie wiedzieli – Polakom nie powiedzieli. Już gdy Michał Tusk negocjował z OLT warunki pracy, wiedział, że firma ma „wątpliwą otoczkę”, że jej inwestor (Amber Gold) to podejrzany parabank, a nawet, że Marcin P. był skazany za oszustwo. Mimo to – on, syn premiera, pilnie pracujący na własne nazwisko – zdecydował się w to wejść. Co gorsza, zeznał, że w czasie czerwcowej (rok 2012) rozmowy z ojcem obaj wiedzieli, że „to lipa”, ale tata uspokajał, że „komisji śledczej z tego raczej nie będzie”. I tu Tusk junior napytał biedy Tuskowi-seniorowi. Postawmy tylko jedno pytanie: skoro już w czerwcu premier wiedział, że Amber Gold „to lipa”, dlaczego rozmawiał o tym tylko z synem, a nie poinformował Polaków, którzy wpłacali oszustom kolejne miliony (do końca lipca)?

3) Komisja nie odrobiła lekcji. Dzięki jej nieprzygotowaniu, zwłaszcza w pilniej śledzonej przez dziennikarzy pierwszej części, dość spokojny mecenas Giertych mógł pozytywnie zaskoczyć niewielką liczbą wniosków i politycznych docinek, a Tusk zrobić wrażenie wyluzowanego fachowca, pasjonata kolejnictwa i lotnictwa, którego aż chce się zatrudnić. Posłowie za to – głównie ci z PiS – bujali w obłokach. Jarosław Krajewski długie minuty drążył wątek nazwy skrzynki mailowej Michała Tuska i nie mógł się nadziwić, że wysyłał maile jako „Józef Bąk”. Tymczasem każdy, kto używa poczty elektronicznej (a kto nie używa?) wie, że nazwa skrzynki nie oznacza kompletnie niczego. Nawet niżej podpisanemu zdarzało się wysyłać z prywatnego adresu korespondencję do prokuratury, której musiało się wyświetlać „Al Capone” a nie „Marek Pyza”. Tak wiele lat temu ustawiłem nazwę konta u jednego z popularnych dostawców poczty (mając awersję do podawania w różnorakich internetowych formularzach prawdziwych danych). Tak też zrobił Michał Tusk. Doskonale go rozumiem.

Poseł Joanna Kopcińska pierwszą turę swoich pytań poświęciła analizie planowanej ekspansji OLT na rynek rosyjski i ewentualnym wykorzystaniu na polskim niebie samolotu Suchoj. Czemu to miało służyć? Nie wiedzieli nawet jej partyjni koledzy.

Wszystkich przebił Marek Suski. Gdy po dwóch godzinach zabrał głos, przy konsternacji całęj sali rozpoczął od pytań o jakiś rachunek, zagrzebał się w papierach, a gdy padło pytanie, o jaki rachunek mu chodzi, wypalił: „No właśnie nie wiem”.

Honor śledczych ratowali przewodnicząca Małgorzata Wassermann i wiceprzewodniczący Tomasz Rzymkowski. Ich pytania świadczyły, że znają materiał dowodowy i wiedzą, czego od Tuska komisja powinna chcieć.

4) Michał Tusk nie był wybitnym dziennikarzem i pracował w mało wybitnej redakcji. I nie chodzi tylko o notoryczne błędy językowe, którymi sypał w czasie zeznań („dwutysięczny dziesiąty” powtarzany w nieskończoność czy „okres czasu”).

Okazało się, że mając kilka lat doświadczenia w lokalnej „Gazecie Wyborczej” nie miał pojęcia, kim jest Marius Olech (bonzo z Wybrzeża, niezwykle wpływowy biznesmen, wielokrotnie opisywany w tekstach poświęconych trójmiejskiemu półświatkowi, rozpoczynający zarabianie pieniędzy w latach 80. m.in. na imporcie-exorcie elektroniki na kierunku niemieckim) i że spotkanie z nim może być obciążające.

Tusk-dziennikarz zamiast przeprowadzić prawdziwą rozmowę ze wspomnianym wyżej Frankowskim, zrobił wywiad z samym sobą (napisał pytania i odpowiedzi). Ale cóż się dziwić takim standardom, skoro sam przyznał, że ten wywiad był potrzebny, bo… nie było czym wypełnić stron w „Wyborczej”.

5) Co Tusk junior robił dla OLT? Spodziewałem się, że zasypie komisję długą listą swoich zasług i innowacyjnych projektów, które wdrożono w liniach lotniczych oszusta. Nic z tych rzeczy. Z wielogodzinnego przesłuchania wynika, że od czasu do czasu podsyłał jakieś analizy, które nie wiadomo czy były wykorzystywane; pomagał kleić siatkę połączeń, ale nie wiadomo, ile w jej ostatecznym kształcie było jego wkładu; opiniował korporacyjną gazetkę; napisał jakiś wywiad; no i miał pomysły, jak „przywalić” LOT-owi. Niewiele. A przecież miał być polecony Marcinowi P. przez szefa gdańskiego lotniska jako najlepszy na Wybrzeżu specjalista od lotniczej logistyki. Powinien być przez P. wyciskany ze swej wiedzy jak cytryna. Nie widać tego ani w aktach sprawy, ani w zeznaniach Michała Tuska.

Nadrzędny jest tu następujący wniosek: skoro dla państwa P. i ich mocodawców OLT nie miały być dochodowym biznesem, ale sposobem na wyprowadzenie pieniędzy z Amber Gold i – jak wiele wskazuje – osłabienie, a może nawet zarżnięcie LOT-u, to Michał Tusk nie był im potrzebny jako ekspert, lecz parawan. Miał być słupem z najlepszym nazwiskiem gwarantującym bezpieczeństwo wielomilionowego przekrętu. Czy on sam o tym wiedział? To pytanie o inteligencję tego faceta, znajomość branży i elementarną umiejętność kojarzenia faktów. Zakładam, że we wszystkich tych trzech punktach niczego mu nie brakuje.

źródło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ