Wspomnienie Andrzeja Uchwata, ps. “Wichura”porucznik AK: “…zrobiłem dobre rozeznanie na temat konfidenta…”


Andrzej Uchwat, ps. “Wichura” to porucznik Armii Krajowej w czasie II wojny światowej. Urodził się 10 sierpnia 1925 na Górnym Śląsku, a jego ojciec pracował jako kolejarz w Bielsko-Białej. Od lutego 1943 był żołnierzem w obwodzie Tarnów ZWZ-AK, działał w konspiracji, główne pola aktywności to kolportaż i mały sabotaż. Od sierpnia 1943 r. w Kedywie na terenie Inspektoratu AK Przemyśl. Członek Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej – Okręg Dolnośląski, przez wiele lat był prezesem obwodu „Grabiszynek”.  

-Kedyw należał jako organizacja do Armii Krajowej. Każdy okręg posiadał swój oddział, powiedzmy, czystej żandarmerii. To były specjalne plutony do zadań specjalnych. Wysyłano nas tam, gdzie konspiracja nie zdawała egzaminu. Jeśli nie poradziła sobie z jakąś akcją – wtedy nas wzywano i “załatwialiśmy sprawę”. Nad nami sprawowano specjalny nadzór. Mieliśmy bardzo dobre pistolety i karabinki. Przeważnie działaliśmy w miastach i to za dnia – opowiadał Andrzej Uchwat.

Prezentujemy jedną z ciekawszych opowieści, którymi dzieli się porucznik AK.

-Trzech naszych żołnierzy z AK zabrało Gestapo i wywieziono ich do obozu. Dostaliśmy potwierdzoną informację, że przedwojenny oficer rezerwy, Polak z pochodzenia, był konfidentem i donosił Niemcom. Sąd wojskowy w naszym obwodzie szybko skazał go na karę śmierci. Dostałem dokument do ręki i powiedziano mi: Wykonać – to wasza sprawa do końca. – opowiada Andrzej Uchwat. – Musiałem to załatwić tak, jak masę innych podobnych zadań. Zrobiłem dobre rozeznanie na temat konfidenta: gdzie mieszka, co robi, kiedy wychodzi itp. 3-4 dni obserwacji takiego człowieka oraz wywiad wśród sąsiadów wystarczył. Przyszliśmy w śliczny słoneczny dzień. Weszliśmy na górę do domu. Pełno niemieckiego wojska wokół. Zapukaliśmy, otworzył drzwi i od razu wpadł w przerażenie, bo kolega za wcześnie wyjął pistolet. Oficer już widział, co się będzie działo i cofnął się. Mój kolega wypalił, a obok stała żona i zamiast zastrzelić mężczyznę, zabił tę kobietę. Sprawa się na tym nie skończyła. Musieliśmy się wycofać wraz ze kolegą. Na szczęście nie zostali złapani przez patrole niemieckie, które usłyszały strzały w pobliżu. Po trzech dniach zorganizowano pogrzeb zastrzelonej kobiety. Okazało się, że nie była to Polka lecz „volksdeutschka”. Podpisała volkslistę i to dzięki niej polski oficer był tak ustawiony, a pod jej silnym wpływem donosił na swoich rodaków. Później kazano nam zlikwidować jeszcze oficera podczas pogrzebu jego żony, ale zebrało się tyle niemieckiego wojska, że akcja się nie udała. Niemcy, zdając sobie sprawę, że człowiek jako donosiciel jest u nich spalony, a my będziemy na niego polować, przenieśli go wraz z rodziną do innego miasta. Miesiąc po pogrzebie kobiety przyszła do naszego okręgu Kedywu wiadomość, że dnia tego i tego na podstawie wyroku sądowego zlikwidowano człowieka. Dorwali tam gościa w biały dzień i zabili białą bronią, ponieważ było to duże miasto i strzelanie spowodowałoby zbyt duże zamieszanie. Jednak nie uniknął kary. Przesiedlenie nic nie dało – wspomina po latach “Wichura”.

Odszedł do wieczności w dniu 7 kwietnia 2017 r.

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ