Wrzesień 1939: Bohaterska Ewakuacja Instytutu Technicznego Uzbrojenia

Czeława i Stanisław Mazgisowie, archiwum rodzinne

Spisane wspomnienia Czesławy Mazgis, z domu Szczęsnowicz. Czesława urodziła się w Kołomyi w 1912 roku, w szczęśliwej inteligenckiej rodzinie z tradycjami prawniczymi. Z domu czerpała patriotyczne i religijne wzorce.

Była piękną, wysportowaną i bardzo energiczną kobietą. Zmysł techniczny i organizacyjny uratował ją nieraz z wielu opresji. Czesława Szczęsnowicz wyszła za mąż w październiku ’38 roku za Stanisława Mazgisa, inżyniera po Politechnice Warszawskiej, który pracował w Instytucie Technicznym Uzbrojenia w Warszawie – ważnej instytucji projektującej uzbrojenie dla armii. W Instytucie dzięki wybitnym specjalistom i naukowcom opracowywano i wdrażano nowe technologie sprzętu i uzbrojenia. Tuż przed wojną wyprodukowali małokalibrowy przeciwpancerny karabin wz. 35, o bardzo dobrej celności i dużej sile rażenia. Okazało się, że jego współautorem był Tadeusz Felsztyn, kierownik ITU. ITU było też centralnym ośrodkiem badań poligonowych.

Miesiąc po zmianie stanu cywilnego Stanisław Mazgis otrzymał stopień kapitana Wojska Polskiego.

Młode małżeństwo zamieszkało w Brwinowie pod Warszawą, w wynajętym mieszkaniu. W tym czasie mieli już zakupioną działkę budowlaną, podobnie jak reszta rodziny, ze strony męża. Każdy z nich na swoim gruncie miał mieć swój własny dom.

W lipcu ’39 państwo Mazgisowie spędzają urlop w Zakopanem, w zaprzyjaźnionym przez rodzinę od wielu lat pensjonacie Jaszczurówka. Jak pisze Czesława Mazgis: ” na parę dni przed końcem naszego pobytu, przyszła depesza, że Stach musi wracać do pracy”.

W Warszawie, jak i w całej Polsce wyczuwało się napięcie. Żołnierze na ulicach często mówili: „niech no tylko Niemiaszki spróbują, pognamy za nimi aż do Berlina” albo „nie damy nic, nasz wódz, nasz Rydz”. Wszędzie mówiono o wojnie, że to jest tylko kwestia czasu, jednakowoż pokładano nadzieję w układ polsko-brytyjski, który zapewniał bratnią pomoc. Jak wiadomo, układ zawarto dopiero na sześć dni przed wybuchem wojny i żadnej pomocy Polska się nie doczekała, tymczasem po ogłoszeniu mobilizacji rozpoczął się wzmożony ruch na drogach i kolei. W niemal wszystkich polskich domach kobiety wypełniały zapasami swoje spiżarnie. PCK na wypadek wojny podał normy na jednego członka rodziny.

1 września 1939 roku, małżonkowie kończąc obiad, usłyszeli huk motorów bombowców, założyli maski przeciwgazowe i położyli się na podłodze. Bardzo blisko ich domu wybuchło pięć bomb. Przez następne cztery dni Stach, jeździł normalnie do pracy pisze Czesława Mazgis, ale 5 września ’39 już nie wrócił z pracy do domu.

Instytut pod dowództwem płka Tadeusza Felsztyna otrzymał rozkaz ewakuacji na Wschód razem z całą bronią i dokumentacją techniczną. Młoda żona – przez umyślnego – dostała od swojej teściowej mieszkającej w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu kartkę z informacją, że jako żona oficera może do niego dołączyć. Z Brwinowa do Warszawy wyruszyła z walizką bielizny i ubrań dla męża. Wzięła pieniądze, biżuterię i pamiątkowy zegarek, który zawsze nosiła na ręku. Zajechała do teściowej, tam przepakowała wszystko do plecaka, zmieniła swój elegancki strój na wygodny, turystyczny i znalazła transport w kierunku Lublina, bo od policji dowiedziała się, gdzie ewakuowano Instytut.

„Droga z Warszawy do Lublina była zapełniona wszelkiego rodzaju pojazdami i pieszymi. Od czasu do czasu nad szosą ukazywały się myśliwce niemieckie i słychać było strzały. Nikt nie jechał w kierunku Warszawy (…) W Lublinie tłumy uchodźców z wielu stron. Na ulicach i w bramach obozowiska. Pełno matek z małymi dziećmi stojących w kolejce do kotłów wojskowych gdzie wydawano chleb i zupę (…) Dowiedziałam się, że ITU jest w tej chwili w Krasnymstawie, i że rano wyrusza w nieznanym kierunku”.

Gdyby nie przypadek, nigdy nie dogoniłaby swojego męża. Nieopodal, zatrzymał się opel, bez pasażerów ale z pakunkami. Kierowca zamierzał zjechać na bok i przespać się, jechał bez przerwy dwie doby. Machnął tylko ręką, kiedy usłyszał, że Czesława świetnie prowadzi auto, był tak zmęczony, że zasnął natychmiast. Na drogach panował ścisk, nikt nie palił świateł, nawet tylnych, od czasu do czasu trzeba było zjeżdżać na bok, bo przejeżdżały konne oddziały wojska w przeciwnym kierunku. O świcie byli w Krasnymstawie, przez harcerzy dowiedziała się, gdzie kwaterował ITU. Z trudem obudziła kierowcę, który dalej musiał już sobie radzić sam. Czesława pisze: „Za parę minut byłam już w objęciach Stacha (…) Udaliśmy się do olbrzymiego składu pociągu, którym ewakuował się cały Instytut z wszystkimi dokumentami. Zostałam przyjęta do transportu na wschód, czy południe – nikt nic nie wiedział”.

Zanim dojechali do Chełmna, już pojawiły się myśliwce. Skład został skierowany na bocznicę. Ukryli się na polu wśród zeschniętych krzaków dojrzałych pomidorów. Cały dzień trwało bombardowanie. Bomby zapalające i burzące spowodowały ogromne straty. Dworzec kolejowy był w ruinie, podobnie domy, wszędzie były zgliszcza, dużo rannych i zabitych. Transport ITU ocalał, dzięki wcześniejszemu skierowaniu go na bocznicę. Tam osłonięty dużymi drzewami nie był widoczny dla samolotów. Wieczorem, bez świateł ruszyli w kierunku Brześcia.

„Rozłożyliśmy się obozem w pięknym lesie. Z niedaleko położonej wioski przyniesiono mleko, rozpaliliśmy ognisko w rowie – tak aby się tylko zatliło, trzeba było unikać dymu – i gotowaliśmy śniadanie. Mleko było przydymione i było w nim moc sosnowych igieł, ale z chlebem smakowało wybornie. Cichy plusk wody, cień wspaniałych starych drzew, śpiew ptaków – wszystko kazało zapomnieć o wojnie. Gdyby nie dalekie odgłosy dział i huk przelatujących ciężkich bombowców można by myśleć, że to wspaniała letnia wycieczka”.

Transport ITU jechał tylko nocą, w dzień wszyscy opuszczali wagony, żony oficerów przygotowywały posiłki. Było spokojnie ale po kilku dniach znowu pojawiły się myśliwce, po nich bombowce. Wokół były same kartofliska, żadnych drzew. Niemcy rzucili bomby zapalające na pociąg i na pobliską wieś,  myśliwce zniżyły lot i seriami z karabinu maszynowego zabijali tych, których z góry wypatrzyli w zeschniętych liściach. Małżeństwo Mazgisów, szczęśliwie odbiegło daleko od pociągu. Mieli ze sobą wojskową pelerynę, którą przykryli się na polu kartoflanym. Dla strzelców byli niewidoczni, ale przed nimi roztaczał się widok przerażającej masakry… Dalej ruszyli pieszo.

Wśród oficerów ITU powstał konflikt. Jedni woleli dołączyć do walczącej armii, inni – jak Józek Kos – postanowili działać na własną rękę. Uważano to za dezercję.

Państwo Mazgisowie byli w drugiej licznej grupie. Ruszyli razem z długim sznurem podwód, na którym była reszta ewakuowanego ITU. Wędrowali nocami, w ciągu dnia odpoczywali w lasach, sadach lub na polach, gdzie były stogi z sianem.

Program wspierany przez Fundacje KGHM Polska Miedź

kghm
PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ