Stanisław Wołczaski: wspomnienia 14 letniego powstańca warszawkiego

MP St. Wołczaski

Bardzo chciał walczyć z Niemcami, aby wstąpić do AK powiedział, że ma 15 lat, faktycznie rok mniej. Pod koniec lipca ’44 roku Wołczaski dostaje informację, że 1 sierpnia razem z kolegą, który również chciał wstąpić do partyzantki mają zgłosić się na ul. Szpitalną 12. Wspomina, że to był  dla niego najszczęśliwszy dzień.

Były duże trudności zanim dotarli na miejsce, bo Niemcy bronili się na Poczcie Głównej, na Placu Napoleona i na ul. Górskiego. W umówionym miejscu stawił się dopiero 2 sierpnia, okazało się, że młodzi chłopcy będą pracować w Tajnych Wojskowych Zakładach Wydawicznych, a konkretnie w Sztabie VI Wydziału Propagandy.

Drukowano tam  dzienniki w imponujących nakładach, który w całości młodzież rozprowadzała po warszawskich dzielnicach. Biuletyn Informacyjny w nakładzie 30 tys. egz., Rzeczpospolitą 20 tys. egz., i Robotnika PPS Wolność-Równość-Nepodległość. Obok, wspomina Wołczaski,  było jeszcze pięć innych drukarni – na ul. Chmielnej i Złotej – które drukowały plakaty i ulotki. I właśnie te materiały razem z gazetami Stanisław Wołczaski roznosił z kolegą po wyznaczonym rewirze. Wołczaskiemu przypadło samo centrum Warszawy: Aleje Jerozolimskie, Świętokrzyska, Nowy Świat i Marszałkowska. Jeśli nie zjawili się kolporterzy z innych rejonów, zadanie zostało przydzielane tym, którzy wykonali swoje zadanie wcześniej. Dostarczanie ulotek i plakatów zazwyczaj odbywało się po południu, pierwsza część dnia była ciężką fizyczną pracą. Odgruzowywali miasto, wyciągali zasypane trupy, pomagali w szpitalach przy roznoszeniu wody. We wnękach podwórzowych, w bramach, gdziekolwiek było to możliwe służyli do mszy świętej. Kiedy na początku sierpnia Niemcy zbombardowali kościół pw. św. Sakramentu, gdzie zginęło około 300 osób , księża nie odprawiali już mszy w kościołach, były zamknięte. Tak było bezpieczniej. Nie odbywały się spowiedzi święte, na czas powstania, żołnierze mieli udzielona absolucję. Tak wyglądała nasza codzienność, mówi Stanisław Wołczaski.

Wieczór 1 sierpnia ’44 był ciepły, mimo iż była lekka mżawka ludzie wyszli na ulice. Śpiewali piosenki patriotyczne i pieśni religijne, nastrój był raczej radosny, panował duży entuzjazm. I to trwało przez pierwsze dziesięć dni, dopóki powstańcy zdobywali nowe tereny. Wówczas w Warszawie samych żołnierzy AK było 50 tysięcy. Do powstania zgłosiło się 37 tysięcy, z czego poległo 17 tysięcy.

Na początku powstania warszawiacy budowali barykady prawie na każdym rogu z tego, co sami wyrzucili z domów, głównie ciężki sprzęt domowy i meble, np. balie, wyżymaczki, stoły,  krzesła, nawet szafy. Szybko okazało się, że to nic nie dało. Czołgi z łatwością pokonywały przeszkody. Dopiero 3 sierpnia pojawili się saperzy Armii Krajowej i z pomocą ludności cywilnej zaczęto budować prawdziwe barykady z płyt chodnikowych. Zrywano też asfalt i kopano rowy. Przez 63 dni stanowiły prawdziwą i skuteczną przeszkodę dla czołgów. Bardzo duże barykady były na ul. Marszałkowskiej, Nowym Świecie i Krakowskim Przedmieściu. Były tam przewrócone tramwaje.

30 sierpnia 44 na ul. Wareckiej (Śródmieście Północne) z kanałów wyszło ok 4000 żołnierzy ze Starego Miasta. Podawaliśmy im wodę do mycia. Ten widok i smród był straszny. Stanisław Wołczaski zapowiedział sobie, że nigdy nie wejdzie do kanału “lepiej bronić się do końca a potem śmierć”.

Warszawiacy, jak do tej pory mieli codziennie dostarczane gazety ale kurierom było trudniej. Musieli często przecinać ulice wszerz, było to niebezpieczne, bo na początku powstania nie było barykad. “Pamiętam jak zostałem ogłuszony i upadłem podczas jednej z przepraw. Niemcy strzelali od Ogrodu Saskiego i Alei Jerozolimskich od strony hotelu Polonia. Zdołałem przeczołgać się do najbliższej bramy, to mnie ocaliło. Niestety wielu kolporterów zostało zabitych podczas przedzierania się do wyznaczonych dzielnic”.

W połowie września Niemcy zbombardowali drukarnię Wojskowych Zakładów Graficznych w której pracował. Natychmiast został przeniesiony do innej na ul. Koszykową, drukowano znacznie mniejszy nakład.

Największą bolączką w czasie powstania był głód i brak wody do picia. Warszawiacy najczęściej gotowali zupy plujki – jęczmień mielono w młynkach od kawy i gotowano na kozach, często na podwórzach i to bardzo ostrożnie, aby było jak najmniej dymu.

W czasie Powstania Warszawskiego Wołczaski z kolegami zajmowali się dostarczaniem wody w odpowiednim porządku: w godzinach 5-7 przynosili wodę dla wojska, 8 – 10 do szpitala. Potem opiekowali się ludnością cywilną.

Dzień przed zaprzestaniem działań wojennych, dowiedział się, że w innej dzielnicy zabity jest ojciec, przedostał się tam wraz z kolegą. Nic nie mógł zrobić, ciało zaciągnął na zawaloną kamienicę, przykrył drzwiami i zasypał gruzem. Zwłoki ojca odnalazł dopiero w ’46 i dopiero wtedy mógł go pochować. Do Warszawy przyjechał, kiedy usłyszał w radio informację o odgruzowaniu ulicy, na której zginął ojciec. Wówczas ekshumacje przeprowadzano metodyczne, ulica po ulicy.

Program wspierany przez Fundacje KGHM Polska Miedź

kghm

ZOSTAW ODPOWIEDŹ