Kaci i ofiary na starych fotografiach

fot. ze zbiorów Czesława Czaplickiego

W dzisiejszych czasach fotografia przestała być dla ludzi czymś magicznym i niezwykłym. Każdy może robić zdjęcie w każdej chwili. I ludzie masowo robią zdjęcia, przede wszystkim za sprawą niezwykłego wynalazku telefonów komórkowych. Obecna ich wersja smartfonowa pozwala uwieczniać obrazy z dużą jakością szczegółów.

Portale społecznościowe pęcznieją od okolicznościowych, ale i bardzo wysublimowanych artystycznie zdjęć. Każdemu może wydawać się, że jest fotografem, ale nie każdy ma pojęcie o kadrowaniu, estetyce, świetle czy wrażliwości na piękno.

Kiedy przyglądam się od czasu do czasu starym fotografiom, widzę z jakim pietyzmem i namaszczeniem traktowali zdjęcia i fotografujący, i fotografowani.

Mam przed sobą album fotograficzny „Przasnyskie w starej fotografii”. To dokumentacja miejsc, które mogłem poznać współcześnie, szukając śladów życia Czesława Czaplickiego „Rysia” urodzonego w Zaciszu koło Przasnysza.

Wśród setek zdjęć w tym albumie jest uwieczniona rodzina Czaplickich z Zacisza. Podpis pod zdjęciem brzmi „stojący na wozie od lewej strony Czesław Czaplicki ps. „Ryś”, kierownik organizacyjny komendy Narodowych Sił Zbrojnych, członek AK, był jednym z głównych organizatorów akcji uwolnienia 42 więźniów – żołnierzy AK, NSZ, BCh, z piwnic kotłowni UB w Krasnosielcu 1 maja 1945 r., pod nim Henryk Pszczółkowski z Przasnysza – aktywny działacz NSZ, jego imieniem nazwano w 2008 roku rondo w Krasnosielcu.

Jednocześnie w tej samej książce pomieszczono zdjęcia tzw. utrwalaczy władzy ludowej. Są tam żołnierze i dowódcy KBW, jednostki powołanej, jak wówczas mówiono, do walki z reakcyjnym podziemiem, z takimi ludźmi jak Czesław Czaplicki właśnie.

Żeby jeszcze było ciekawiej i bardziej ponuro, w albumie można zobaczyć zdjęcia czerwonoarmiejców. To tak jakby zamieścić oprawców niemieckich, przecież Rosjanie to byli nowi okupanci. Siedzą oni pysznie z różnymi sekretarzami partyjnymi i żołnierzami.

Brak jest w książce jakiegokolwiek krytycznego komentarza. Po prostu do jednego worka wrzucono bohaterów i ich oprawców.

Wydawca tej książki nie zadał sobie trudu sporządzenia jakiegokolwiek historycznego spojrzenia na te zdjęcia. Bezkrytycznie wydano album, którego alibi ma stanowić chyba tylko zapis na ostatniej stronie: Publikacja nie ma charakteru naukowego – stanowi zapis miejsc, osób, zdarzeń, związanych z naszym regionem.

Ciekawe ile tych książek trafiło do bibliotek szkolnych, bo wydawcą jest właśnie Gminna Biblioteka Publiczna w Przasnyszu.

Janusz Wolniak

Artykuł powstał dzięki pomocy Gminy Wrocław

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ