Henryk Kończykowski ps. Halicz : Do Śródmieścia z całego batalionu przebiło się tylko sześć osób. Ale z całego plutonu tylko ja żyję

Żołnierz Niezłomny Batalionu Zośka Henryk Kończykowski, ps. Halicz, ur. 1924, w Warszawie. Jego rodzice i wszyscy przodkowie walczyli o wolną Polskę. Dlatego z dumą o tym mówi, że jest pierwszym pokoleniem urodzonym w wolnej Polsce. W domu panował duch patriotyzmu, swoje dzieciństwo i wczesną młodość wspomina jako szczęśliwy okres. Kiedy armia niemiecka nas zaatakowała i Polska utraciła swoją niepodległość, chłopięce i beztroskie diametralnie zmieniło się. 

Jako piętnastolatek rozpoczął walkę z okupantem w Armii Krajowej. Jak mówi działalność konspiracyjna leżała w jego naturze. Wszyscy chłopcy mieli określone, bardzo ważne zadania, ale żaden z nich nie brał bezpośredniego udziału w walce. Polegało to na roznoszeniu i rozklejaniu ulotek i plakatów, malowani i pisaniu kotwic, tzw. wojna na murach a także doraźnej i stałej pomocy tam gdzie ich posyłano, np. noszenie wody, listów. Nazywano to małą dywersją.  Henryk Kończykowski, pod koniec 41 roku przeszedł już do normalnej czynnej służby. Został strzelcem w batalionie Zośka. Od tej pory wołano na niego Halicz. W Milanówku, na ul. Granicznej odbywały się spotkania delegatury rządu, tam też mieściło się dowództwo.

Halicz, wspominając okres wojny w Warszawie podkreśla, że w batalionie i generalnie w armii Krajowej panowały familiarne stosunki ale też karność i posłuszeństwo, czuliśmy się mocni, jak byliśmy razem. Byliśmy odpowiedzialni za siebie i to zostało do końca życia. W powstaniu, my, czyli Zośka i Parasol byliśmy wysyłani w najbardziej zagrożone tereny, dlatego, że byliśmy najlepiej wyszkoleni i najlepiej uzbrojeni. Jak pamiętam, najtragiczniejszy dla mnie był przyczółek czerniakowski. To już był koniec powstania. Zostaliśmy sami, nie było już dowództwa, nie wiedzieliśmy co robić. Kilka razy dziennie przez ostatnie dwa tygodnie, trwały natarcia. Broni mieliśmy pod dostatkiem ale brakowało amunicji. A przez 10 dni, zanim nie przedarliśmy się do Śródmieścia, już nic nie jedliśmy. Wcześniej było mięso z zabitego konia, jakiś czas żuliśmy je na surowo. Brakowało wody.

Na dwa dni przed zawieszeniem powstania – ale wtedy o tym nie wiedzieliśmy – zdecydowaliśmy przebić się do Śródmieścia. Ale żeby tam dojść trzeba przejść kilka linii frontu. Miałem tylko trzy sztuki amunicji, koledzy niewiele więcej , w tym rosyjskie granaty, z bardzo długim lontem. Moi koledzy czasem nie zdążyli odrzucić go, kiedy zauważyli ich Niemcy i dostali serię z niemieckich karabinów. Wokół było pełno Niemców. Uratowała nas ciemność, bo na sobie mieliśmy tak oni – panterki. Jeden z nas doskonale mówił po niemiecku. Do Śródmieścia z całego batalionu przebiło się tylko sześć osób. Ale z całego plutonu tylko ja żyję.

Jan Mazurkiewicz, czyli ppłk „Radosław”, dowódca do którego trafili, powiedział, że jest kapitulacja powstania ale nie koniec walki. Od tej pory, każdy z nich na własną rękę miał wydostać się z Warszawy i dotrzeć do Podkowy Leśnej i Milanówka aby tam z resztek żołnierzy, którzy ocaleli można było uformować nowy batalion. Po dwóch miesiącach mieli komplet żołnierzy i pełne uzbrojenie. Ale już nie byli batalionem Zośka, lecz działali jako oddział osłonowy Komendy Głównej Armii Krajowej a dowódcą był generał Nil. Do zakończenia wojny brali udział w wielu akcjach a po wojnie musieli zaakceptować nowy porządek albo walczyć dalej. Halicz, podobnie jak inni żołnierze Armii Krajowej nie pogodzili się z nową sytuacją. Pamięta, jak 17 stycznia 1945 roku Armia Czerwona weszła do Warszawy, przywiozła ze sobą rząd i przez nikogo niezatwierdzone akty prawne. A w nich szereg przywiezionych z Moskwy poleceń na podstawie których skazywano Polaków.  Korzystano najczęściej z art. 86. który odnosił się działalności w organizacji konspiracyjnej. Z tego artykułu korzystano powszechnie, także zmienił nam się okupant, puentuje Halicz.

W nowej Polsce podjął naukę, w międzyczasie ujawnił swoją przynależność do AK ale szybko okazało się, że ujawnieni dostarczyli dokładny spis gdzie służyli, w jakim stopniu i gdzie mieszkają. Teraz ubecja wiedziała kogo i gdzie aresztować. Jak wspomina, przyjaciele uciekali z Polski, bo bali się o siebie i swoich najbliższych. Halicz nie chciał opuścić ojczyzny. To tutaj jest moje miejsce. Trzeba być Polakiem i dla Polski robić to co dla niej dobre, mówi Halicz.

Kiedy pierwszego aresztowali Nila, potem Anodę i innych kolegów, Halicz przestał nocować w domu. Byłem wówczas studentem Politechniki Łódzkiej i dopiero na IV roku został aresztowany. Przewieźli do Warszawy i na Koszykowej trzymali dla „zmiękczenia”. Cele malutkie, bez dziennego światła, jak mówi Kończykowski, tylko po zupie można było zorientować się, jaka jest pora dnia. Pod sufitem całą dobę świeciło się bardzo słabe światło. Była absolutna cisza, w korytarzach były dywany, obsługa chodziła w miękkich pantoflach. Byli to Francuzi. Po jakimś czasie został przewieziony na śledztwo. Każdy bał się, bo z niego nie zawsze wychodziło się żywym.

Wspomnienie Sądu Wojskowego wywołuje u Kończykowskiego falę goryczy. Każdy miał adwokata, czyli tzw. pełnomocnika, tyle, że musieli być zatwierdzeni przez KC, a potrzebni byli tylko po to, aby rozprawa sądowa szła gładko. Taki adwokat nigdy w niczym nie pomagał. Trzeba wiedzieć, że w takim sądzie nie ma świadków obrony, tylko świadkowie oskarżenia. A ogólnie jak coś się mówi, to sędzia przerywa i mówi: sąd lepiej wie. Także za AK dostałem 15 lat, za pisanie pamiętników 15 lat, za posiadanie broni 15 lat i tyle samo za akcje zbrojne a mój obrońca powiedział, że grozi mi kara śmierci. Po tym procesie przewieźli mnie do starego carskiego więzienia na ul. Ratuszowej. Strażnicy robili wszystko aby utrudnić nam życie. Siedzieliśmy po 12 osób w celach 1,60 x 2,50 z oknem od południa, przykrytym blachą. Potem przewieźli do więzienia na Mokotowie, tam byli sami więźniowie z AK. A jeszcze później przenieśli mnie na Rakowiecką, siedział tam cały kwiat polskiej inteligencji a także naukowcy, profesorowie, przedwojenni ministrowie, admiralicja i księża.

Żołnierz Wyklęty Henryk Kończykowski mówi, że władze PRL-u robiły wszystko aby uniemożliwić naukę na studiach. Pomimo, to większość z nich ukończyła wyższe szkoły. A teraz mam prośbę do młodych ludzi, mówi Kończykowski: aby nie zapominali o nas, o naszej historii i tradycji. A kiedy pokończycie szkoły i będziecie na różnych stanowiskach, żebyście pamiętali, że Polska jest jedna.

Artykuł powstał dzięki wsparciu Fundacji KGHM

ZOSTAW ODPOWIEDŹ