Wspominamy bohaterów: Marianna Wardawa – do śmierci nie poznała swojej tożsamości. W każdym razie, po utracie rodziców mieszkała w rodzinach zastępczych


W rodzinnej historii mojej mamy Anny jest wiele białych plam i kilka zdjęć, mówi Marianna. Są nieustalone daty i nazwiska. Ona sama podawała dwie daty swoich urodzin, 1916 i 1919. Nigdy nie mogła ich sprawdzić. W dowodzie osobistym wpisano 1919.

Miejsce urodzenia Anny, mamy pani Marianny nie jest znane. Prawdopodobnie było to w powiecie łuckim, na Wołyniu. W każdym razie nazwa miasta lub miasteczka zawsze kojarzyła się z jeziorem, i to jest jedyna zapamiętana informacja. Jeśli nie wie się o sobie podstawowych rzeczy i nie ma możliwości sprawdzenia, to jest straszne uczucie, mówi Marianna.

Anna do śmierci nie poznała swojej tożsamości. W każdym razie, po utracie rodziców mieszkała w rodzinach zastępczych aż trafiła do państwa Aleksandry i Władysława Paszkowskich. Był to dom  w malowniczym miejscu, pośród pól i lasów w Przebrażu. Tam poczuła się wreszcie  bezpiecznie. Przybrani rodzice traktowali małą Annę jak córkę, dali jej swoje nazwisko. Kilka lat później u Paszkowskich pojawił się Baltazar. Był młodym silnym mężczyzną i pomagał w najcięższych pracach w gospodarstwie. Przybrana matka z przybraną córką dbały tylko o robienie posiłków i porządków domowych. Kilka lat później, Anna zostaje matką chrzestną jednego z synów Baltazara. Tworzą prawdziwą wielopokoleniową rodzinę.

W połowie wojny, w Zbarażu był nabór do wojska. Mobilizowali też kobiety, Anna poszła na Berlin z II Armią Wojska Polskiego. Pracowała na tyłach frontu, jako obsługa medyczna w zakaźnym szpitalu wojskowym. Była sanitariuszką, wykonywała najcięższe prace. Często asystowała przy umieraniu.

Władysław Paszkowski w czasie wojny zmarł i został pochowany w Przebrażu. Po wojnie – jak wielu innych przesiedleńców z rejonu Przebraża – Aleksandra Paszkowska i rodzina Baltazara trafili do Puszyny w woj. opolskim. Anna też tam przyjechała. Było już po demobilizacji, mniej więcej w 1947 roku ale w nowym miejscu, nie było dla niej miejsca. Postanowiła, że wyjedzie na Ziemie Odzyskane. Do Puszyny wróciła tylko raz, na pogrzeb Aleksandry Paszkowskiej, swojej przybranej matki.

Anna pełną sierotą została prawdopodobnie w roku 1920. Nigdy nic nie ustaliła o swoich rodzicach, ani nawet jak zginęli. Zatem mama i ja – mówi Marianna – nie mamy przodków, ani grobów. My, nie mamy przeszłości. To jest koszmarne uczucie. Na przykład, nic nie wiem o chorobach w rodzinie mojej mamy. A przecież w każdej są pewne skłonności, nosi się jakieś geny. Dobre i złe. Ja mogę tylko powiedzieć, jak to jest ze strony ojca, i to kilka pokoleń wstecz. Jako osoba z wykształceniem medycznym, wiem, że to ważne.

Anna miała brata ale w tym czasie kiedy została sierotą odbywał służbę wojskową. Na imię miał Antoni. Mała dziewczynka najpierw przebywała u najbliższej rodziny, która szybko się jej pozbyła. Potem krótki czas, u różnych obcych rodzin, w końcu wspomniane bezdzietne małżeństwo Paszkowskich przyjęło pięcio, może sześcioletnie dziecko do siebie. Nie wiadomo, dlaczego Antoni po odbyciu służby wojskowej, nie odszukał siostry i nie zaopiekował się nią. Do spotkania doszło tylko raz i to wiele lat później. Było to na dwa lata przed II wojną światową. Antoni powiedział, że planuje podróż morską do Australii i, że Anna powinna starać się odzyskać majątek po rodzicach, który przejął brat babci od strony Anny. Przypadek, czy zaplanowane działanie – zastanawia się Marianna – ale wujowie mieli córkę o tym samym imieniu jak moja mama. Całą schedę po rodzicach, w tym wszystkie papiery przejął wuj. Dopiero po wojnie Anna dowiedziała się, że straciła jedynego brata. Antoni zginął w drodze do Australii w czasie katastrofy morskiej.

We Wrocławiu w 1950 roku wyszła za mąż, urodziła czworo dzieci i wydawało się, że koszmar który przeżyła powoli zabliźnia rany. Pięć lat później została wdową i pochowała troje dzieci.

Anna mimo wszystkich przejść była osobą bardzo pogodną, nigdy na nic nie narzekała. Była bardzo lubiana w każdym środowisku, w którym przyszło jej przebywać, czy to chwilę, czy dłużej. Jak wspomina swoją mamę Marianna wszystkie koszmary wyparła ale odbiło się to na jej zdrowiu. Miała silną nerwicę narządową. Objawiało się to biegunką, bólami brzucha. Zaczęła chorować, najpierw straciła wzrok, później przestała chodzić, w końcu tylko leżała. W mojej pamięci, mówi Marianna, są tylko strzępy opowieści. Mama nie chciała wracać do rzezi na Wołyniu. Zawsze mnie zastanawiało, że nie widziałam u niej nienawiści – niestety wszystko w sobie dusiła.

Artykuł powstał dzięki wsparciu programu „Dolny Śląsk Pamięta” przez Fundację KGHM

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ