Zabijanie braci podczas pierwszej wojny światowej

Gdy w wyniku rozbiorów Polska straciła niepodległość i została podzielona pomiędzy trzy mocarstwa, odtąd poszczególni Polacy stawali się rekrutami w armiach tych mocarstw. Gdy podczas pierwszej wojny światowej po jednej stronie frontu walczyła koalicja wojsk niemieckich i austriackich, zaś naprzeciw nim armia rosyjska, było czymś naturalnym i bardzo często spotykanym, że ci, którzy nawzajem prowadzili do siebie ogień, byli Polakami, choć w obcej służbie, wykonującymi polecenia obcych generałów. Jeden z walczących w ten sposób żołnierzy Legionów Polskich Piłsudskiego, Edward Słoński, napisał na ten temat wiersz, który wyraża więcej, niżby się dało zmieścić w całej książce:

Rozdzielił nas, mój bracie,

zły los i trzyma straż –

w dwóch wrogich sobie szańcach

patrzymy śmierci w twarz.

W okopach pełnych jęku,

wsłuchani w armat huk,

stoimy na wprost siebie –

ja – wróg twój, ty – mój wróg!

Las płacze, ziemia płacze,

świat cały w ogniu drży…

W dwóch wrogich siebie szańcach

stoimy ja i ty.

Zaledwie wczesnym rankiem

armaty zaczną grać,

ty świstem kul morderczym

o sobie dajesz znać.

Na nasze niskie szańce

szrapnelów rzucasz grad

i wołasz mnie, i mówisz:

– To ja, twój brat… twój brat!

Las płacze, ziemia płacze,

w pożarach stoi świat,

a ty wciąż mówisz do mnie:

– To ja, twój brat… twój brat!

O, nie myśl o mnie, bracie,

w śmiertelny idąc bój

i w ogniu moich strzałów,

jak rycerz mężnie stój!

A gdy mnie z dala ujrzysz,

od razu bierz na cel

i do polskiego serca

moskiewską kulą strzel.

Bo wciąż na jawie widzę

i co noc mi się śni,

że Ta, co nie zginęła,

wyrośnie z naszej krwi”.

Gdy patrzy się dziś na walkę legionistów Piłsudskiego, może wydawać się ona tak odległa w czasie i nierealna, że przez to obca i mało zrozumiała. Pierwsza wojna światowa wypełniona była niezwykle krwawymi, a zarazem bezsensownymi walkami, w których setki tysięcy ludzi nawzajem zadawało sobie śmierć, a to niczego nie zmieniało, często nawet nie powodowało przesunięcia linii frontu. Przez kolejne lata społeczeństwa były pozbawiane mężczyzn, których jedynym zadaniem było dawać się zabić, bez powodu, bez celu. Polacy walczyli między sobą, wzajemnie się zabijali, a z tego nikt nie uzyskiwał żadnej korzyści.

Dziś z perspektywy ponad stulecia, gdy znamy dalszy bieg wypadków, moglibyśmy uznać, że Polacy walczyli kierując się nadzieją, iż ostatecznie przyczynią się do uzyskania niepodległości narodowej. Jednak, tylko nieliczni mieli na tyle wielką wyobraźnię, by dostrzec sens w tym, co było tak bezsensowne. Piłsudski i jego towarzysze mieli tą nadzieję i wyobraźnię; dokonywali starań, by obce dowództwo dostrzegało w polskich oddziałach wyższe morale, większe męstwo, lepszą skuteczność, i tym samym pozwalało na poszerzanie szeregów korzystających z polskich barw narodowych. Im więcej Polacy by sami zdołali zorganizować, tym większy by się tworzył polski potencjał, w odpowiedniej chwili możliwy do wykorzystania dla własnych celów. Tak też się ostateczne stało.

Jednak zanim doszło do pamiętnych wydarzeń jesieni roku 1918, potrzeba było przez cztery lata znosić trudy zażartych bojów, strzelając do Polaków odzianych w obce mundury. A o tym, że to były prawdziwe boje, niech zaświadczy fragment relacji jednego z legionistów, Bolesława Świdzińskiego:

Wyszliśmy w galopie na szczyt wniesienia, przed nami były rowy strzeleckie rosyjskie i od razu dostaliśmy ogień. Nic już nie mogło nas powstrzymać. Nasza linia harcowników zaczęła się łamać, jak to zwykle w szarży bywa, zależnie od szybkości poszczególnych koni. Ogień rosyjski wzmógł się. Pierwszy zwalił się, trafiony trzema kulami, wszystkimi śmiertelnie, ułan Bolesław Kubik. W cwale mego doskonałego karego Murzyna rwącego naprawdę jak wicher, w huku wystrzałów i w świście pocisków, już niewiele przed sobą widziałem. Do wielkiego okopu rosyjskiego brakowało zaledwie kilkadziesiąt może metrów, gdy nagle poczułem, że mój Murzyn pada. Wyrzucony potężną siłą wyleciałem naprzód, uderzyłem o twardą ziemię i na chwilę straciłem przytomność. Gdy ją odzyskałem, starałem się podnieść, ale poczułem ból w prawej stopie. Rozejrzałem się wokoło. Rosyjskie karabiny maszynowe buły bez przerwy, a przed okopem leżało wiele trupów ludzi i koni. (…) Na polu szarży zostało 15 poległych, 25 odniosło rany, czterech z nich zmarło potem w niewoli”

Publikacja powstała dzięki wsparciu Fundacji KGHM Polska Miedź

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj