Zbrodnie Wermachtu na obrońcach poczty gdańskiej

1 września 1939 roku Niemcy zaatakowali Polskę. Odważna i waleczna grupa mężczyzn z Polskiego Urzędu Pocztowego, Gdańsk 1 przy Placu Heveliusa dzielnie broniła się niemal cały dzień. Udało im się zadać ciężkich strat atakującym. Jednak, w ostatecznym rozrachunku skapitulowali. W zniszczonym budynku Poczty pozostało 45 jej obrońców, z czego czterech uciekło i tylko dzięki temu przeżyli. Dyrektora Poczty i Telegrafów, dr Jana Michonia wojsko niemieckie zastrzeliło na miejscu, natomiast pozostałych 40 bojowników przewieziono do Prezydium Policji. Wiele z tych osób było rannych, cierpiących. Jednak nikogo to nie obchodziło, bowiem jeszcze na miejscu byli torturowani i gnębieni. Następnego dnia wszyscy jeńcu wyruszyli w dalszą drogę na Biskupią Górę, gdzie zostali osadzeni w celi w tzw. „kazamacie”.

Następnie ci nieszczęśnicy trafili przed sąd wojenny jednostki stacjonującej w Gdańsku, zwanej „grupą Eberhardta.” Nieznane pozostają okoliczności całej rozprawy, jednak wyrok dla wszystkich skazanych był jeden – kara śmierci, która zaplanowana została na dzień 5 października 1939r. W przygotowaniach do egzekucji zostali zaangażowani inni więźniowie z obozu (w sumie 12 osób), którym nakazano w przeddzień wykopać wielki dół, o wymiarach 12 x 3 x 2 m. Kolejnych 10 więźniów w dniu egzekucji zawieziono na miejsce. Każdy z nich do ręki otrzymał łopatę. Ci wszyscy współwięźniowie stali się, oczywiście nie z wyboru naocznymi świadkami całego przykrego zdarzenia.

Kolejnym świadkiem, tym razem już z własnej woli był SS-man Max Pauly, komendant całego obozu. Zjawił się na miejscu 5 października 1939r. około godziny 4 nad ranem, aby nadzorować całą egzekucję. Jeden ze świadków, Aleksander Rosiński, opisał całe zdarzenie:

Jako więzień obozu dla aresztowanych Polaków w Gdańsku – Nowym Porcie, z początkiem października 1939 r., bliżej niepamiętnego mi ranka, tak około godziny 4 rano, zostałem wybrany do łącznej grupy dziesięciu więźniów, wśród których znajdował się Stanisław Garczewski, zam. Gdańsk-Orunia oraz Ignaszak z Orłowa, pracownik fabryczny, Radtke z Sopotu, dyrektor banku, i Klein, kolejarz z Tczewa, których nie ma w kraju. Pod eskortą 3 lub 4 SS-manów przewiezieni zostaliśmy z łopatami samochodem ciężarowym przez Brzeźno na Zaspy, gdzie zatrzymano się na strzelnicy, ustawiając nas przed kulochwytem. Tam zastaliśmy komendanta obozu Maxa Paulyego oraz jego poprzednika. Po upływie niespełna pół godziny przybył tam, z tej co i my strony, oddział wojskowy w sile około osiemdziesięciu ludzi, uzbrojonych w karabiny z osadzonymi na nich bagnetami. Oddziałem dowodził oficer. Wszyscy oni byli w hełmach. Oddział ten stanął za kulochwytem. Niebawem nadjechał samochód osobowy, z którego wysiadł kapelan i oficer, a tuż za nimi przybyły dwie ciężarówki kryte brezentem, które zatrzymały się nie opodal nas. Z tych eskorta SS wyprowadziła trzydziestu ośmiu mężczyzn, którzy byli skrępowani powrozami za ręce w czwórki. Wśród nich znajdował się chłopak w mundurku i płaszczu polskich gimnazjalistów. Z ubioru pozostałych wynikało, że są urzędnikami Poczty Polskiej w Gdańsku. Grupę tę ustawiono o kilkanaście kroków przed nami, po czym do niej podeszli kapelan z towarzyszącym mu oficerem i Pauly ze swoim poprzednikiem. Oficer odczytał wyrok, którego treść, jak zdążyłem zapamiętać, brzmiała następująco: ,,W imieniu prawa skazani zostali na karę śmierci przez rozstrzelanie urzędnicy Poczty Polskiej w Gdańsku za zbrojny opór przeciwko ludności cywilnej”, przy czym sąd ani data wyroku nie były wskazane. Nastąpiło wyliczenie imion i nazwisk ofiar, których nie pamiętam. Czytający zaznaczył, że skazanym jako ostatnia łaska przysługuje przyjęcie Komunii Świętej. Po tych słowach skazani uklękli i kapelan udzielił im Komunii Świętej. Następnie SS-mani zawiązali skazanym oczy opaskami, czwórki rozwiązali na dwójki, które po dwóch odprowadzali za kulochwyt. Gdy już wszystkich odprowadzono za kulochwyt, dał się słyszeć odgłos salwy karabinowej, a następnie odgłosy kilku pojedynczych wystrzałów. Gdy te ustały, oddział wojskowy odmaszerował, a my zostaliśmy eskortowani za kulochwyt. Tam ujrzałem ofiary leżące w jednym rzędzie przy kulochwycie oraz grób znajdujący się w odległości około 25 kroków w linii prostej na południe od wschodniego krańca kulochwytu, rozmiarów około 12 x 3 x 2 m układu ukośnego. Pauly zarządził, byśmy my, więźniowie, zdjęli ofiarom z palców pierścienie oraz powybijali złote uzębienie, zaznaczając, że takowe wyda rodzinom, jednak oficer, który odczytywał wyrok, oświadczył, że nie pozwala na to. Wtedy Pauly zaczął sam zdejmować pierścienie z palców zwłok, a mnie i Garczyńskiemu polecił, byśmy weszli do grobu i tam układali w jedną warstwę zwłoki. Tak się i stało. Układając zwłoki zauważyłem, że powrozy z rąk są już usunięte, co, jak okazało się, musieli czynić współwięźniowie donoszący nam układającym do grobu zwłoki oraz resztki organizmów ofiar wypryśnięte na ziemię, które z polecenia Paulyego znosili w dłoniach. W trakcie tego stwierdziłem, że pociski ugodziły ofiary przeważnie w czoło. Gdyśmy zwłoki mieli już ułożone, poczęliśmy wołać na współwięźniów, by pomogli nam wydobyć się z grobu przez podanie rąk, co przerwał Pauly oświadczeniem, że my pozostaniemy w grobie. I wtedy znów wmieszał się wspomniany oficer, zapowiadając, że wszyscy więźniowie muszą powrócić do obozu, skąd zostali zabrani. Następnie zasypaliśmy grób w ten sposób, że każdą warstwę ziemi doń wrzuconą, a dochodzącą do około 30 cm, musieliśmy dokładnie ugniatać nogami. Tak zasypany grób po zadarnieniu darnią, która leżała nie opodal, nie wyróżniał się zupełnie niczym w terenie i nie mógł się rzucać w oczy osobie postronnej. Po ukończeniu pracy przez nas zapowiedział nam Pauly, że jeżeli któryś z nas zdradzi to zajście, czeka go los pogrzebanych przez nas ofiar, po czym przewieziono nas z powrotem do obozu. To wszystko.

Po całym zdarzeniu rodziny ofiar otrzymały urzędowe zawiadomienie o straceniu.

Zeznanie (dosłowne) Aleksego Rosińslciego, z zawodu rybaka, złożone sierpnia 1947 r. w Gdańsku przed sędzią śledczym Sądu Okręgowego, Zachariasiewiczem. Niemal identyczne zeznanie złożył drugi naoczny świadek, Stanisław Garczewski, Akta procesu Alberta Forstera, t. IV, D23-1024 i 1021-1022, AGK.

Źródło: Zbrodnie Wermachtu” Szymon Danter. Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1961r.

Publikacja powstała dzięki wsparciu Fundacji KGHM Polska Miedź

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj