W listopadzie 2017 w londyńskim domu aukcyjnym Sotheby’s miała odbyć się aukcja obrazu Henryka Siemiradzkiego „Taniec wśród mieczów”, prezentowanego jako dzieło malarstwa rosyjskiego. Ta aukcja została zablokowana przez polskie służby poszukujące utraconych dzieł dorobku narodowego; wypowiadał się w tej sprawie wicepremier Piotr Gliński. Mało kto wie o tym, co wydarzyło się w związku z tym obrazem na Ukrainie w roku 1919, a co jest cały czas dostępne w sieci we wspomnieniach Stanisława Stempowskiego umieszczonych w zeszycie 24 paryskiej „Kultury” z roku 1973.
Stempowski w rządzie Ukraińskiej Republiki Ludowej pełnił funkcje ministrów rolnictwa i zdrowia, zaś później w Warszawie był ważnym urzędnikiem Ministerstwa Rolnictwa i Reform Rolnych. W latach 1918 – 1919 tak Stempowscy, jak i inni polscy ziemianie z Ukrainy zostali wygnani z własnych domów przez oddziały, a właściwie bandy bolszewickie, rabujące, niszczące i mordujące. Wielu Polaków przeniosło się więc do Winnicy, gdzie ich liczna obecność stanowiła liczącą się siłę. Tam też w swoim czasie Stempowski współpracował z rządem Symona Petlury. I pewnego dnia w początkach roku 1918 nadeszła wiadomość, iż zanosi się na rabunek jeszcze dotąd nie naruszonego pałacu hrabiego Adama Orłowskiego w Kuryłówce. Stempowski zorganizował niewielką grupę, która miała ocalić co się da z wyposażenia budynku.
Gdy grupa przybyła do Kuryłówki, zastała budynek już splądrowany, jednak nadal znajdował się w nim obraz Henryka Siemiradzkiego „Taniec wśród mieczów”. Obraz wyjęto z ciężkich ram i zabrano do Winnicy razem pewną liczbą jeszcze ocalałych przedmiotów wartościowych, w tym książkami z biblioteki. Sam obraz był tak duży, iż nie mieścił się na wozie, toteż Stempowski zadecydował, by go nieść pieszo. W tym celu stelmach dworski miał z tyłu przybić do blejtramu łatę do oparcia na ramionach niosących, zaś klucznicy polecono uszyć z prześcieradeł osłonę do obrazu. Jak pisze Stempowski, „stelmach przybił łatę do blejtramy ogromnym gwoździem, który na wylot przebił płótno obrazu, i właśnie zamierzał wystający koniec gwoździa siekierą zagiąć, żeby było mocniej. (…) To nic – odrzekł – gwóźdź wyszedł akurat na wodzie zatoki morskiej, można będzie tę dziurę zakryć namalowaną łódką”.
Ponieważ obraz był ręcznie niesiony, podróż przebiegała powoli. Dla bezpieczeństwa wszystkim towarzyszyli dwaj uzbrojeni Kozacy przydzieleni przez magistrat Winnicy. Jeszcze przed Litynem, w miejscowości Majdan, wszyscy zatrzymali się na popas w miejscowej szkole. Jak pisze Stempowski, „Zanim konie zjadły obrok a my jajecznicę i ser ze śmietaną, w podwórzu szkolnym zgromadził się liczny tłum dzieci i dorosłych, a nauczyciel prosił mnie, żebym pozwolił odsłonić obraz i udzielił kilku słów objaśnienia.
Myślę, że niejeden wielki malarz pozazdrościłby takiej wystawy, jakiej doczekał się biedny Siemiradzki, do którego zresztą nigdy nie miałem wielkiego nabożeństwa. Oświetlenie było idealnie matowe, gdyż dzień słoneczny zasnuty był jesienną błękitnawą mgiełką. Obraz stał oparty o szarą ścianę jakiejś szopy i miał z dwu boków po dońskim kozaku dla ochrony. Przed obrazem szerokim półkolem ustawiły się w pierwszym szeregu dzieci, a za nimi kobiety, parobcy, gospodarze; było kilku popów z żonami i nauczycieli z okolicznych wsi, gdyż rozeszła się pogłoska o tym, że grafski obraz będzie tu popasać. Wciąż przybywali nowi widzowie, znać było zaciekawienie, oczekiwano objaśnień. Wtedy to miałem po raz pierwszy i ostatni w języku ukraińskim egzotyczny, zarówno dla mnie jak i dla słuchaczy a i dla samego języka, wykład o tym, jak powstaje obraz, kto jest twórcą danego obrazu, co ten obraz przedstawia. Mówiąc o starożytnym Rzymie, z którego życia zaczerpnięty został temat do Tańca wśr6d mieczów, wspomniałem, że może kto czytał powieść napisaną przez wielkiego pisarza, również jak Siemiradzki Henryka, i Polaka, z czasów prześladowania chrześcijan w Rzymie pt. Quo vadis?. Na to chórem odezwało się wiele głosów przeważnie chłopięcych, że czytali Kamo gradieszi? (cerkiewno-słowiańskie Dokąd idziesz? – rosyjski przekład Ławrowa). Wnet zniknął dystans pomiędzy mną a słuchaczami, zasypano mnie pytaniami i w końcu proszono, żebym im powiedział jeszcze o Sienkiewiczu. Zabawny wniosek wyciągnęli kozacy z mojego wykładu, dla nich niezrozumiałego: gdy po drodze ktoś ze spotkanych chłopów zapytał kozaka, co my niesiemy osłoniętego białą płachtą, ten odparł z emfazą: – Niesiam mir wsiemu miru (Niesiemy pokój całemu światu)”.
Z Lityna do Winnicy obraz został przewieziony po uprzednim zamocowaniu go na dachu limuzyny. Jak pisze Stempowski, umieścił on obraz „w Pietniczańskim dworze Zdzisława Grocholskiego. Stamtąd jednak ukraińscy komisarze, łakomi na cudze dobro, porwali obraz i zawieźli do Kijowa, a na moje żądanie przywieźli mi pokwitowanie kustosza Muzeum Miejskiego – Biełaszewskiego”.
Opisane perypetie dobrze ilustrują przedziwny czas, gdy już dawno upadło państwo Rosji carskiej, ale na jego gruzach ciągle jeszcze nie powstał nowy, trwały byt. Ukraińscy działacze niepodległościowi starali się organizować własne państwo, jednak nie posiadali wystarczających sił, aby zwalczać bandy przemieszczające się po kraju dla rabunku i gwałtów. Okresowo poszczególne partie Ukrainy były podbijane przez wojska Bolszewików, a na zmianę z nimi Białych, czy też obecne aż do 1919 oddziały niemieckie. Ludzkie życie miało wówczas bardzo niską cenę, zaś dobra kultury żadnej już ceny nie miały, często płonąc w podpalanych dworach i pałacach.
W innym miejscu wspomnień Stempowskiego znajduje się opis modelowego rabunku, jaki spotykał mieszkańców Ukrainy. „W domu bierze żołnierz tylko pieniądze, kosztowności, bieliznę, odzież, przedmioty nieobjętościowe, łatwe do niesienia i sprzedania. Toteż żądza łupu szybko się nasyca i występuje druga równie silna żądza niszczenia. Wśród wybuchów śmiechu tłucze lustra, gra pięściami na fortepianie, siekierą otwiera szafy i biurka. Chęć popisu popycha niekiedy i do bezwiednego odtwarzania scen z czasów hajdamaczyzny. W Sieniawce Rudzkich np., żołnierz wdział na się ornat, na głowę włożył damski kapelusz z welonem a na ręce trzewiki i w takim stroju udawał, ku wielkiej uciesze motłochu, księdza odprawiającego mszę przed ołtarzem domowej kaplicy. Jednocześnie na folwarku wre robota: z otwartych spichrzy wywozi się na chłopskich furmankach zboże, narzędzia rolnicze, zabite wieprze, drób… Co się nie da zabrać jak np. ciężkie maszyny – psują uderzeniami młota. W krótkim czasie z zasobnego folwarku pozostaje kupa rumowisk. Wtedy najczęściej ogień miłosierny oczyszcza splugawione przez ludzką zbrodnię miejsce”.
Publikacja powstała dzięki wsparciu Fundacji KGHM Polska Miedź

















