Bitwa pod Kockiem: mimo zwycięstwa żołnierze oddali broń. Zabrało amunicji i żywności

Wojsko Polskie w pierwszych dniach II wojny światowej broniło swoich pozycji w sposób niezrozumiały dla Niemców. Jeśli kapitulowali, to tylko z braku amunicji. Tak było pod Kockiem, podczas jednej z ostatnich bitew kampanii wrześniowej.

Na Lubelszczyźnie została utworzona Samodzielna Grupa Operacyjna „Polesie”. Zadaniem było zatrzymanie wrogiej armii, która jak najszybciej chciała obejść polskie pozycje i uderzyć nas od wschodu. Ponadto wykorzystując naturalne przeszkody (bagna) mieliśmy ubezpieczać ponad 250 km odcinek linii frontowej – wzdłuż Prypeci, od Brześcia do granicy z Sowietami. Równocześnie trwały walki o utrzymanie tzw. Przedmościa Rumuńskiego, dlatego stoczono tam wiele bitew. 14 września doszło do zaciekłych walk o twierdzę brzeską, do bitwy pod Kobryniem. Tutaj polska kawaleria płk. Milewskiego przełamała obronę wroga i zajęła Budziska, Charlejów, potem doszło do bitwy pod Kockiem.
Z chwilą wejścia do Polski Sowietów, sytuacja naszych wojsk znacząco się pogorszyła. Problemy były nie tylko z brakiem amunicji ale i łącznością. Gen. Kleeberg, który dotychczas nigdy nie przegrał żadnej bitwy zdecydował się na walkę z niemieckim i rosyjskim wrogiem. Jego oddziały nie tylko odparły niemieckie natarcie, ale i przeszły do kontrataku. Zdobyły Helenowo i dużymi stratami przejęli Wolę Gułowską, klasztor i mocno ufortyfikowany cmentarz, z którego niemieckie wojsko zaciekle się broniło.

Żołnierze pod dowództwem gen. Franiszka Kleeberga już 2 września 1939 roku stanęli do nierównej walki z niemieckim najeźdźcą. Bitwa pod Kockiem rozpoczęła się 2 października 1939 roku. Mimo zwycięstwa, żołnierze razem ze swoim generałem oddali broń niemieckiej 13 Dywizji Zmotoryzowanej. Zabrało amunicji i żywności. Gdy polskie baterie wystrzelały ostatnie pociski a żołnierzom zostało nabojów tylko tyle, ile mieli przy sobie, gen. Kleeberg wydał rozkaz o przerwaniu ognia a żołnierzom powiedział: „Nie pytam dowódców o zdanie – ciężar tej decyzji biorę na siebie (…). Tuż przed oddaniem broni dodał: „Żołnierze! Z dalekiego Polesia, znad Narwi, z jednostek, które oparły się w Kowlu demoralizacji – zebrałem Was pod swoją komendę, by walczyć do końca. Chciałem iść najpierw na południe – gdy to się stało niemożliwe – nieść pomoc Warszawie. Warszawa padła, nim doszliśmy. Mimo to nie straciliśmy nadziei i walczyliśmy dalej, najpierw z bolszewikami, następnie w pięciodniowej bitwie pod Serokomlą z Niemcami. Wykazaliście hart i odwagę w czasie zwątpień i dochowaliście wierności Ojczyźnie do końca. Dziś jesteśmy otoczeni, a amunicja i żywność są na wyczerpaniu. Dalsza walka nie rokuje nadziei, a tylko rozleje krew żołnierską, która jeszcze przydać się może. Przywilejem dowódcy jest brać odpowiedzialność na siebie. Dziś biorę ją w tej najcięższej chwili – każąc zaprzestać dalszej, bezcelowej walki, by nie przelewać krwi żołnierskiej nadaremnie. Dziękuję Wam za Wasze męstwo i Waszą Karność, wiem, że staniecie, gdy będziecie potrzebni. Jeszcze Polska nie zginęła. I nie zginie”.
Bitwa pod Kockiem zakończyła się 5 października 1939 roku, a nad ranem 6 października polskie wojsko zaczęło składać broń.

źródło: teatrnn.pl; dzieje.pl

Publikacja powstała dzięki wsparciu Fundacji KGHM Polska Miedź

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj