Otóż jest to porównywanie rzeczy nieporównywalnych. Bo jak wyglądała współpraca Wałęsy? Trochę zastraszony a trochę (zapewne) zwabiony możliwością ekstra zarobków, został konfidentem. Sam jeden. I donosił SB na kolegów z pracy. Dopóki się nie zbuntował, był sobie pojedynczym trybikiem w bezpieczniackiej machinie.
A jak wyglądała współpraca Piłsudskiego? Zupełnie odmiennie, bo podmiotowo. Przywódca działającej przeciw Rosjanom tajnej polskiej organizacji podjął polityczną decyzję, by dla skuteczniejszej walki z jednym zaborcą, uważanym przez siebie za groźniejszego, zawrzeć układ z innym. W zamian za wsparcie materialne i polityczne dla swojej organizacji rozkazał jej zdobywać informacje wojskowe, ważne dla przygotowującej się do wojny z Rosją armii austro-węgierskiej. Przypomina to znacznie bardziej podpisanie aktu sojuszu międzypaństwowego niż działalność nieszczęsnego delatora „Bolka”. Bo też przyszły Marszałek uważał swoją organizację za zalążek państwa polskiego.
Piłsudski był partnerem szefów austriackiego wywiadu. Wałęsa był pionkiem w rękach szefów SB. Nie szpiegował zaborcy, tylko swoich kolegów. Za pieniądze, które chował do swojej prywatnej kieszeni.
Ja nie mam antywałęsowskiej obsesji. Uważam że potem urwał się bezpiece i zasłużył Polsce (choć epizod z początków gierkowskiej dekady momentami ograniczał mu pole manewru). Ale to jeszcze nie znaczy, żebyśmy mieli płatnego konfidenta zrównywać z komendantem suwerennej, polskiej organizacji niepodległościowej. Nietoperz to nie rakieta, choć bezsprzecznie i jedno i drugie lata.
źródło: wpolityce.pl
















