Nie zapominajmy w tym zgiełku o tym, co jest istotą rzeczy – Platforma i Tusk mają niewyjaśnione związki z Kremlem, a ich zachowania i decyzje godziły w polską rację stanu
— mówi w rozmowie z wPolityce.pl Joanna Lichocka, posłanka Prawa i Sprawiedliwości. wPolityce.pl: Wczorajszy dzień upłynął pod znakiem Donalda Tuska. Pociąg, dworzec, spacer, wreszcie kilka godzin w prokuraturze. Jak Pani odbiera te emocje, które pojawiły się wokół tej wizyty?
Joanna Lichocka: Donald Tusk ma zazwyczaj starannie przemyślaną strategię, gdy jest wystawiony na sytuacje nieprzyjemne. I tak też było tym razem. Proszę bowiem zwrócić uwagę na spokojnie na to, co się stało. Były premier ma zeznawać w prokuraturze, odpowiadać na pytania, czy wiedział o umowie z rosyjską FSB. Umowie, która umożliwiła dotarcie Rosjanom do wielu tajemnic polskiego systemu bezpieczeństwa. Dodajmy – wszystko to miało miejsce już po 10/04 i ataku Rosji na Gruzję. To nie jest sytuacja, która stawia Tuska w dobrym świetle.
Jeśli bowiem wiedział o umowie, to pokazuje to dziwną zależność Tuska wobec Rosji i Putina. Żaden kraj NATO w tym czasie nie pozwoliłby sobie na wpuszczenie Rosjan do swojego systemu bezpieczeństwa. Wiadomo wszak, że Rosja stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa Europy. A z kolei jeśli premier nie wiedział, to okazałoby się, że nie panował nad służbami, które robiły, co chciały.
A może, jak chce opozycja, była to dość rutynowa, codzienna współpraca z odpowiednikami po stronie Rosji. Działania techniczne, bez zaawansowanych wymian informacji.
Nie. Nie mamy z Rosją rutynowej, codziennej współpracy. Jesteśmy w NATO, a Rosja stanowi zagrożenie dla światowego bezpieczeństwa. W 2010, 2011 roku również nie było wąptliowści czym jest Rosja. Warto przy okazji przesłuchania Tuska przypomnieć, jak zaprzyjaźniali się szefowie SKW z funkcjonariuszami z Rosji, na okręcie „Aurora”. z Odpowiedzialność za tamtą umowę powinni ponieść ci, którzy ją zawierali, ale i ci, którzy wyrażali na nią zgodę. Początkowo politycy PO przkeonywali, że nie było żadnych umów, z czasem nastawienie się zmieniło, poseł Święcicki do dziś mówi zresztą, że cała sprawa to głupstwo.
A ta sprawa jest bardzo niewygodna dla Platformy i samego Tuska. Po wyjaśnianiu 10/04 to kolejna kwestia, która mówi o bardzo dziwnych relacjach tamtej ekipy z Kremlem. Na te pytania wczoraj przez osiem godzin odpowiadał Donald Tusk.
Wróćmy do początku rozmowy – mówi Pani, że Tusk ma na takie okazje starannie przygotowany plan.
Tak. Tusk zawsze, gdy ma niewygodną sytuację, próbuje odwrócić uwagę opinii publicznej od swoich kłopotów. Ma do tego zresztą wielki zasób dziennikarzy, klub przyjaciół Tuska, jak mówi Adam Bielan. Niestety, także część dziennikarzy mało posłusznych Tuskowi dała się wpuścić w pułapkę. Mało było wczoraj mowy o meritum sprawy, o dyskomforcie Tuska, a wszyscy zajęli się tym, ilu ludzi go witało na peronie. To nie było profesjonalne, jeśli chodzi o dziennikarstwo. Właściwie nigdzie dokłądnie nie przeczytałam opisu istoty rzeczy – że były premier przez osiem godzin musiał odpowiadaćna pytania o współpracę z Rosją służb, które nadzorował.
Mam wrażenie, że równolegle opowiadano i o emocjach wokół przywitania, ale i o meritum sprawy.
Tak, ale w ciągu dnia nie kojarzę przypomnienia informacji, że oficerowie FSB swobodnie wjeżdżali do siedziby SKW, w dodatku nie niepokojeni przez nikogo. Nie pamiętam przypomnienia pijackich eskapad polskich służb… W zamian były łzawe widoki z dworca.
Jako była dziennikarka wie Pani, że takie obrazki dobrze się sprzedają. Emocje dobrze się sprzedają.
Tak, ale tym samym Tuskowi udało się przykryć istotę rzeczy. Skupiliśmy się na obrazkach, a nie na meritum sprawy. Na tym polega dobrze przepracowany manewr propagandowy. To zresztą nie piewrsza tego typu historia. Pamiętam sytuację ze Stoczni, była to rocznica podpisania Porozumień Sierpniowych, gdy związkowcy postanowili dopiec Tuskowi, ówczesnemu premierowi. Co wówczas wymyślono? Henrykę Krzywonos, która jak na zawołanie robi wrzask i atakuje Jarosława Kaczyńskiego. Wczoraj mieliśmy dokładnie to samo.
Nie zapominajmy w tym zgiełku o tym, co jest istotą rzeczy – Platforma i Tusk mają niewyjaśnione związki z Kremlem, a ich zachowania i decyzje godziły w polską rację stanu. I w sprawie wyjaśniania przyczyn 10/04, i w przypadku tej umowy. To musi być bardzo poważnie i szczegółowo wyjaśnione, bo to kwestia naszego bezpieczeństwa. Napisałam niedawno komentarz, że niejasne i niezrozumiałe związki Platformy z Rosją, to dziwne przyzwalanie, uległość – to duża zagadka. Odpowiedź na nią jest jedną z najważniejszych odpowiedzi w polskiej polityce.
Skoro wspomniała Pani o wyjaśnieniu przyczyn tragedii smoleńskiej – jest Pani zadowolona z tego, co udało się ustalić podkomisji Berczyńskiego?
Trudno mówić o zadowoleniu czy niezadowoleniu w sprawie 10 kwietnia…
Jasne. Mam na myśli efekty prac tego zespołu.
Wszyscy czekamy, by w sposób rzetelny i wiarygodny można było odpowiedzieć na pytanie o przyczyny tragedii smoleńskiej. Przez kilka lat rządów Platformy nie było to wyjaśniane – wręcz przeciwnie, trwało zaciemnianie sprawy. Strony, które wyjaśniały przyczyny, były sędziami we własnej sprawie. Dopiero po odsunięciu Platformy można na poważnie zająć się wyjaśnianiem przyczyn. ALe nikt nie odda tych lat, które straciliśmy przez PO, nikt nie cofnie niszczenia wraku. To trudna sytuacja. Krokiem do przodu jest pewne umiędzynarodowienie sprawy…
Ma Pani na myśli nawiązanie współpracy z zagranicznymi laboratoriami w celu sprawdzenia, czy w tupolewie były ślady środków wybuchowych.
Tak. To jakiś krok do przodu. Myślę, że w tej chwili tezy przedstawione przez podkomisję Berczyńskiego są pokazane z dużym prawdopodobieństwem…
Ale kropka nie została postawiona.
Nie. Te badania muszą być kontynuowane. Dziwię się tamtej stronie, propagandzistom Laska, że tchórzą przed otwartą debatą naukową. Jeśli mienią się ekspertami, to nie powini bać się dyskusji. Wcale im się jednak nie dziwię, bo są na przegranej pozycji, kompromitującej ich. Stąd zapewne strach przed taką dyskusją.
Półtora roku po przejściu z dziennikarstwa do ław poselskich dużo Panią nauczyło? Nie było momentu, w którym chciała Pani machnąć na to wszystko ręką i wrócić do opisywania rzeczywistości?
Nie, ponieważ to bardzo ciekawe. Cały czas uczę się, obserwuję. Trochę czuję się zresztą jako widz, nie uczestnik. Tęsknię do pisania i czasem zresztą piszę.
Z pozycji posła więcej jednak widać – jako warszawska dziennikarka nie ze wszystkiego zdawałam sobie sprawę. Uczą nas tego dyżury poselskie, rozmowy z wyborcami, mieszkańcami… ALe widać też więcej dobrych zmian. W moim okręgu kaliskim nieporównywalnie więcej pieniędzy płynie na to, by zabytki podnieść z wieloletnich zaniedbań. Do tej pory było bowiem tak, ze jak miejscowy poseł Platformy nie raczył kiwnać głową, to tych pieniędzy nie było. Teraz idzie to lepiej. Bardzo się z tego cieszę.
A jeśli chodzi o mechanizmy polityki? Dużo Panią zaskoczyło w porównaniu z tym, co myślała i pisała Pani z pozycji dziennikarki?
Bardzo dużo.
Poprosimy o kulisy.
Takich kulisów za dużo nie ma. Szczerze, Dziennikarze, jak myślę, nie zdają sobie natomiast sprawy z czynnika ludzkiego i jego wpływu na politykę. Można mieć starannie przygotowany projekt polityczny, plan, wszystko pouzgadniać i przygotować i nagle okazuje się, że czynnik ludzki wywraca to w powietrze. Bo tak. Bo emocje, rywalizacja, charakterek, inna koncepcja… Bo tak. (śmiech) Szukacie przyczyn, piętrowych konstrukcji, dlaczego coś się stąło, a tutaj przyczyny bywają bardzo prozaiczne…
Druga rzecz – myślałam, że partie to jest wojsko. Że jest szef i wszyscy ruki pa szwam, strzelanie obcasami. Nic podobnego. Polityka to negocjacje – szczerze mówiąc bycie posłem to naprawdę duża wolność, mozliwość kreowania różnych projektów. W filharmonii kaliskiej powstała ostatnio wyjątkowa płyta z polonezami – to rzeczy małe, drobne, ale jednak dające dużo radości. Inny przykład – Via Baltica to osobisty sukces posła Kołakowskiego. Mało kto o tym wie, ale bez jego zaangażowania i tytanicznej pracy ten projekt nie ruszyłby z miejsca. Takich rzeczy jest naprawdę wiele.
Nie frustrowały Panią, jako członka Rady Mediów Narodowych, te zamieszania wokół obsady mediów publicznych?
To właśnie czynnik ludzki, o którym mówiłam. (śmiech) Nie chcę, broń Boże, nikogo krytykować, ale dużym zaskoczeniem była dla nas rezygnacja prezes Staisławczyk. Wydawało mi się, że jeżeli prezesem będzie właśnie pani Stanisławczyk, a wiceprezesem Mariusz Staniszewski – to będzie to świetny tandem do wprowadzania dobrych zmian. Pani prezes uznała, że jednak nie chce brać w tym udziału – nie wiem do tej pory, dlaczego tak się stało. I chyba nie chcę wiedzieć.
Mediom publicznym wytyka się również pewną przesadę, jednostronność, która ma wynikać z prorządowego nastawienia tychże redakcji. Pani jest zadowolona z tego, jak wyglądają dziś TVP i Polskie Radio?
Polskie Radio cały czas rozbudowuje się, wzmacnia. Dla przykładu – Polskie Radio 24 odnosi coraz większe sukcesy – to zresztą także sukces pani Stanisławczyk, a nowy zarząd z kolei zaczyna rozpędzać ten projekt. Mam nadzieję, że za rok będzie to już potężna machina, przy której TOK FM zostanie przykryty. (śmiech) Chodzi wyłącznie o to, by dostęp Polaków do informacji był nieporównywanie większy niż miało to miejsce jeszcze parę miesięcy temu.
I bez wątpliwości ten dostęp, pluralizm są większe. Ale pytam o sposób podawania informacji. O to, czy choćby TVP nie staje się czasem lustrzanym odbiciem tego, co krytykowaliśmy za czasów rządow Platformy w mediach publicznych.
Przyznam Panu szczerze, że jestem znacznie bardziej oburzona jednostronnością i manipulacją, a czasem ordynarnym kłamstwem TVN czy Polsatu. Dziwię się, że w tej debacie o upadku standardów dziennikarstwa nawet dziennikarze niezwiązani z PO podają przykład TVP. Jest odwrotnie. Telewizja Publiczna ucieka od agresji i jednoznacznie kłamliwej propagandy. Tam jest bardziej zrównoważony i pluralistyczny przekaz niż był za czasów Platformy.
To, co się dzieje w TVN, a czasem i w Polsacie to jednostronny przekaz, oparty bardzo często o wzbudzanie nienawiści i złych emocji, o szczucie. Dziwię się, że inicjatywa pani poseł Krystyny Pawłowicz nie ma na razie ciągu dalszego.
Chodzi o odbiór koncesji?
Nie wiem, czy pani poseł dąży do odebrania koncesji TVN, ale KRRiT powina zwrócić uwagę, jak bardzo łamane są podstawowe zasady w tej stacji. Wystarczy spojrzeć na dobór gości, na zachowanie dziennikarzy prowadzących audycje. To jest problem, który niszczy i demoluje dziennikarstwo.
Czyli nie zgodzi się Pani na tezę o pewnej równowadze w stronniczości opisu rzeczywistości? Że tutaj o 19:00 przekręcane jest w jedną, a o 19:30 w drugą stronę.
Nie ma takiej równowagi. Można przyczpeić się do jakiegoś materiału Wiadomości, zdarzają się wpadki, ale tam zawsze są przedstawiciele obu stron, cytaty podawane są bez manipulacji. A w TVN? Proszę mi pokaząć w miarę rzetelny materiał polityczny. Śmieszą mnie nawet w moim przypadku. Na spotkaniu z wyborcami w Jarocinie opowiadałam o Misiewiczu. Gdy trzeba było uderzyć, wzięli moje jedno zdanie o tym, że woda sodowa mu uderzyła. Wcześniej wykorzystywano jakieś urwane słowa, że go chwalę. Wycinają to, co im jest wygodne. Widzę to po moich sąsiadach – mieszkam w otoczeniu lemingowym, skądinąd bardzo symaptycznym. Gdy patrzą na mnie spode łba, to znaczy, że w TVN znów coś na mnie było. (śmiech) To śmieszne, ale w sumie żałosne. Mam nadzieję, że nowe pokolenie dziennikarzy nie będzie chciało takiego poziomu dziennikarstwa.
To jeszcze jeden temat. Rozmawialiśmy trochę o kuluarach sejmowych, a one huczą od plotek o rekonstrukcji rządu. Mają oparcie w prawdzie?
Nie mam wiedzy na ten temat. Myślę, że głęboka rekosntrukcja nie jest potrzebna – ten rząd premier Beata Szydło ma dobrze skonstruowany, ministrowie dobrze i ciężko pracują. Są gwiazdy pracowitości jak pani minister Rafalska czy niedoceniany minister Błaszczak, ale są też ludzie wysunięci na frontowy odcinek walki z postkomuną. Jak minister Macierewicz czy również minister Szyszko. Stąd te ataki. Wszystkie ewentualne zmiany w rządzie powinny mieć swoją przyczynę – jeśli coś idzie nie tak, jeśli buksują koła – to jasne, że potrzebne są zmiany. Ale nie widzę tego. Widzę za to oczekiwanie, by niektórzy ministrowie zostali odwołani, bo to mogłoby zatrzymać pewne procesy zmian. Ale wszyscy są tego świadomi – nie przewiduję głębokiej zmiany, ale nie mam wiedzy, czy do niej dojdzie, jestem szeregową posłanką.
Jak Pani zytała to zamieszanie wokół Bartłomieja Misiewicza? Sama Pani mówiła o tym, że uderzyła mu woda sodowa, pytanie, czy potrzeba było aż komisji w PiS, by uciąć tę sytuację?
Tak, ale jakoś nie udało się, by szybko to zrobić… Komisja przecięła sytuację i bardzo dobrze, że tak się stało. Wkroczył Jarosław Kaczyński, który powiedział, że tak dalej być nie może. Myślę, że pan Antoni Macierewicz zrozumiał to, zaakceptował całą sprawę i nie ma pretensji.
Tak Pani myśli?
Z tego, co widziałam po jego minie to chyba tak. (śmiech)
źródło:wpolityce.pl
















