Niemcy: Tęczowa krucjata przeciwko internetowym hejterom. Co kryje się pod pojęciem “Netzwerkdurchsetzungsgesetz”?

Fake News, Facebook, Hate-Speech – walka o dyktat w sieci zdominowała kampanię wyborczą nad Renem. Szczególnie mocne emocje wywołała forsowana przez niemieckie ministerstwo sprawiedliwości ustawa o tzw. „zwalczaniu mowy nienawiści w internecie”.

Jeżeli kontrowersyjna ustawa wejdzie w życie, to stanie się ona potężnym narzędziem tęczowych lobbyistów do prześladowania „homofobicznych, prawicowych hejterów”. Nakłada się to na zabiegi lewicy, SPD i Zielonych, o ostateczną legalizację małżeństw jednopłciowych.

Internet uznawałem dotychczas za ostatni bastion wolności słowa. W Niemczech niestety ten bastion może wkrótce paść. Stanie się kolejną, po sferze publicznej i mediach, zdobyczą establishmentu lewicowo-liberalnego, który ogłosił swoją własną tęczową krucjatę wymierzoną w „prawicowych homofobów”. Pomóc w tym ma planowana przez niemieckie ministerstwo sprawiedliwości ustawa o tzw. „zwalczaniu mowy nienawiści”. Ustawa zobowiązałaby największych operatorów portali społeczniościowych (od dwóch milionów użytkowników w górę: czyli Facebook, twitter, Youtube, Google, itd.) do kasowania opublikowanych „nienawistnych” komentarzy o „treści jawnie niezgodnej z prawem”.

W przypadku zaniechania obowiązku ustawa przewiduje kosmiczne kary w wysokości nawet do 50 milionów euro dla operatora.

Projekt noszący niezwykle przekonującą i prostą do wymówienia nazwę „Netzwerkdurchsetzungsgesetz” („ustawa o przeforsowaniu w sieci”) spotkał się z ogromną falą krytyki ze strony dziennikarzy, blogerów i polityków. Ostatnio do grona krytyków dołączył sam Facebook. Organizacje stojące na straży wolności słowa (m.in. wpływowe Stowarzyszenie Dziennikarzy Niemieckich „Deutscher Journalistenverband” oraz Reporterzy bez granic „Reporter ohne Grenzen”) wytykają ustawie „nieprecyzyjność”. Padły również zarzuty o „ograniczeniu wolności słowa” oraz „wprowadzaniu cenzury”.

Autorem kontrowersyjnego projektu jest niemiecki minister sprawiedliwości Heiko Maas – czołowy polityk SPD znany z jawnego poparcia dla środowisk LGBT. Występował m.in. na światowym Dniu Przeciwko Homofobii i Transfobii w maju, został również mianowany oficjalnym patronem i protektorem tegorocznego Christopher Street Day – berlińskiego odpowiednika warszawskiej Parady Równości. Maas nieraz zapowiadał „walkę z homofobiczną mową nienawiści”. Więcej: w wywiadzie dla Passauer Neue Presse posunął się do szantażu wobec sprzeciwiających się wciąż pełnej legalizacji małżeństw jednopłciowych chadeków. Jego partia „nie podpisze żadnej umowy koalicyjnej, jeżeli homomałżeństwa nie zostaną w niej zapisane” – zagroził.

Maas wie, że zostało mu mało czasu. Projekt ustawy o małżeństwach jednopłciowych, skądinąd ważny temat niemieckiej kampanii wyborczej, został wniesiony na początku kwietnia. 30 czerwca z kolei odbędzie się ostatnie regularnie posiedzenie Bundestagu obecnej kadencji parlamentarnej. Bardzo więc możliwe, że do głosowania nad ustawą dojdzie dopiero po wrześniowych wyborach.

Czy na kolejny akapit w heroicznej walce „tęczowych” z homofobią będziemy musieli poczekać do jesieni? Wcale nie. 20 czerwca bowiem miała miejsce szeroko zakrojona akcja federalnej policji kryminalnej BKA mająca na celu wytropienie „internetowych nienawistników”. W ramach akcji „anti hate-speech w internecie” przeszukano kilkadziesiąt mieszkań na terenie całej republiki.

Jak podaje BKA, zdecydowana większość aktów wirtualnej przemocy miała charakter „podburzania mas” na „tle prawicowym”. Zatrzymano nawet 23-letniego Monachijczyka. Zarzuca się mu „nawoływanie do przemocy wobec homoseksualistów”. Z relacji Bayerischer Rundfunk wynika, iż miał podobno „skomentować w sposób agresywny” dwóch całujących się mężczyzn.

Naturalnie, nawoływanie do przemocy należy karać i potępiać. Jeżeli informacja się sprawdzi, to reakcja policji w jego przypadku była jak najbardziej słuszna. Nie wiemy jednak, co powiedział czy napisał naprawdę. Nie wiemy również, na czym polegała „mowa nienawiści” w przypadku „wirtualnej przemocy”, o których pisze bawarska Süddeutsche Zeitung. Starałem się uzyskać od BKA informacje na ten temat. Chciałem się dowiedzieć, jakimi kryteriami kieruje się niemiecki wymiar sprawiedliwości przy ocenie tego, czym jest rzekoma „mowa nienawiści”. Niestety, na odpowiedź ze strony BKA wciąż czekam.

Moje podejrzenia co do braku neutralności w postępowaniu w tej sprawie państwa niemieckiego budzi nie tylko planowana „antyhomofobiczna” ustawa internetowa, lecz również ślepota na lewe oko naszych zachodnich sąsiadów w powiązaniu z neurotycznym podejściem do pytania, czym jest prawica, a czym skrajność. Bo jak można inaczej można zinterpretować statystykę uwzględniającą 2891 „prawicowych” wirtualnych przekroczeń za rok 2016, a tylko 16 (!!!) „skrajnie lewicowych”. Nie neguję zagrożenia ze strony prawdziwej skrajnej prawicy w Niemczech. Ale bardzo możliwe, że wirtualna walka ze środowiskami skrajnymi da tęczowemu establishmentowi w Niemczech doskonałe alibi do zwalczania „prawicowych homofobów”, za których można uznać każdego krytyka projektu legalizacji małżeństw jednopłciowych łącznie z prawem do adopcji dzieci.

źródło: wpolityce.pl

 

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ