—mówi portalowi wPolityce.pl prof. Zdzisław Krasnodębski, socjolog i europoseł PiS.
wPolityce.pl: Nie wydaje się Panu, że w kwestii konfliktu holendersko-tureckiego widać brak solidarności europejskiej?
Prof. Zdzisław Krasnodębski: Wręcz przeciwnie. W mediach, które dziś od rana słuchałem, wypowiadano się o potrzebie solidarności europejskiej. Jestem przekonany, że w Parlamencie Europejskim będą się odzywały głosy ostro potępiające Turcję i wspierające premiera Marka Rutte. A przecież to raczej Holandia naruszyła teraz reguły i prawo, a nie Turcja. Niektóre państwa nadal pozwalają politykom tureckim organizować spotkania wyborcze na swoim terenie, więc rozgległ się krzyk, że powinna obowiązywać jednolita polityka europejska. Jak rozumiem ma to być polityka odwoływania spotkań, którą rozpoczęły Niemcy – bo od nich się zaczęło. Dzisiaj na ostatniej stronie działu politycznego FAZ, gdzie przedstawia się sylwetki istotnych postaci życia politycznego, jest laurka dla Mark Rutte. Od dawna jest bardzo cenionym politykiem w Niemczech. Myślę, że dojdzie do próby narzucenia wszystkim krajom, by zachowywały się podobnie stanowczo wobec Turcji jak Holandia. Nie wiem czy tylko obowiązkowe będzie użycie armatek wodnych, pałek i psów wobec tureckich demonstrantów.
O czym to świadczy?
Moim zdaniem jest to jeszcze jeden przejaw daleko idącej arogancji i poczucia, że ma się prawo nie stosować do ogólnie przyjętych reguł dyplomatycznych, które sprawiają, że politycy mogą odwiedzać swoje placówki dyplomatyczne. Gdzieś w tle natomiast jest oczywiście bardzo poważna obawa przed zerwaniem przez Turcję umowy dotyczącej uchodźców. To w tej chwili największa broń Turcji. Ten strumień może znowu popłynąć do Niemiec. Wówczas na pewno Angela Merkel zabierze głos, a Donald Tusk będzie zajmował się relokacją tych mas uchodźców, którzy teraz są przetrzymywani przez Turcję. A więc na pewno usłyszymy ich donośny głos.
Jak obecnie przedstawiane jest to w mediach niemieckich?
To nie jest broń Boże potępienie brutalnych działań policji holenderskiej. Nie pojawia się krytyka, że w związku z wyborami premier Rutte przekroczył jednak pewne granice, których np. w Niemczech starano się nie przekraczać. Odwoływano spotkania tylko ze względu na bezpieczeństwo pożarowe, ale już nie blokowano dojścia do konsulatów. Więc to jest znowu dyscyplinowanie wszystkich krajów członkowskich, żeby podporządkowały się tej polityce, którą uznano za stosowną. Winą za ten cały konflikt obarcza się Turcję, nie widząc żadnych błędów po stronie holenderskiej. Wszystko to oczywiście podszyte jest przekonaniem, że w stosunku do takich państw jak Turcja, które nie stosują się do wartości europejskich, czy też rządzone są przez populistów lub pół dyktatorów nie obowiązują żadne zasady.
Podobno w Holandii jest liberalna demokracja. Wydaje mi się, że liberalne demokracje pozwalają na swobodę zgromadzeń i opinii. Zdaje się, że nie rozpędzają też pokojowych demonstrantów szczując na nich psy. Poza tym liberalne demokracje respektowały do tej pory zwyczaje międzynarodowe, konwencję wiedeńską, itd. A teraz chyba liberalna demokracja będzie znaczyła zupełnie co innego. Wydaje mi się, że wkraczamy w zupełnie inny okres. I to niezależnie od tego, jak oceniamy wewnętrzną sytuację w Turcji, bo to jest zupełnie inna sprawa. To jest kwestia relacji między państwami oraz kwestia zasad, które się stosuje właśnie wobec demonstrantów, z których pewnie część jest obywatelami Holandii. Te zasady znowu są gwałcone w imię przekonania o swojej wyższości moralnej, a tak naprawdę stoi za tym kalkulacja czysto wyborcza. Mark Rutte chciał się pokazać, że jest twardym politykiem, żeby nie przegrać wyborów za trzy dni.
źródło:wpolityce.pl
















