Józef Czyczerski: „Solidarność” wszyscy kojarzą z Wałęsą, we Wrocławiu z Frasyniukiem. A to zaprzeczenia „Solidarności”

Działalność tego największego ruchu wolnościowego i obywatelskiego tamtych czasów, szczególnie od chwili obrad Okrągłego Stołu, budzi wciąż wiele kontrowersji. Czy rzeczywiście zwycięstwo nad komunizmem przyniosło to, o co walczyli w PRL-u nasi rodacy? O tym wszystkim w rozmowie Józefem Czyczerskim, przewodniczącym miedziowej „Solidarności”.

Kolejna rocznica, kolejne obchody i kolejny raz wspomnienia. Kolejny raz świętujemy wielkie zwycięstwo „Solidarności”?

Józef Czyczerski: Właśnie nie do końca. Patrząc z perspektywy czasu, jestem zły na swoich kolegów i tych, którzy z „Solidarności” przeszli do polityki i mieli realizować cele ustalone w latach 80-tych. Ci ludzie nie zauważają, za co się wstydzę, że podejmują decyzje nakierowane wyłącznie na elity, korzystają z władzy, którą otrzymali. A przeciętny człowiek, wykonujący swoją pracę, jest może jeszcze gorzej traktowany jak w PRL-u.

Czy można zaryzykować stwierdzenie, że ta ofiara, którą poniósł naród podczas represji systemu komunistycznego, przytaczając choćby te najjaskrawsze przypadki, jak śmiertelnie postrzeleni w Lubinie 31 sierpnia 1982 roku, została zmarnowana? Nie warto było wtedy walczyć o takie „dziś”?

Józef Czyczerski: Na pewno warto było, choćby po to, żeby Polska stała się po części krajem wolnym. Mówię celowo „po części”, ponieważ dla mnie nie jest krajem wolnym, ani tym bardziej demokratycznym. Walczyliśmy w tamtym okresie o równość wobec prawa wszystkich obywateli. Dzisiaj w naszym kraju tego nie można zauważyć. Są, niestety, równi i równiejsi. W związku z tym na pewno warto walczyć dalej, o zupełną wolność. Ten cel nie został osiągnięty i jest w zasięgu młodych ludzi, takich jak m.in. pan.

Wydarzenia z 31 sierpnia 1982 roku w Lubinie, patrząc z dzisiejszej perspektywy, są dość wyrazistym przykładem niesprawiedliwego rozliczenia z komunistami lub inaczej: braku tego rozliczenia. Czy to spędza sen z powiek ludziom, którzy walczyli pod egidą „Solidarności”? Czuje Pan jeszcze jakąś złość?

Józef Czyczerski: Powiem szczerze, nie mogę się pogodzić, że w państwie rzekomo demokratycznym i wolnym, ludzie, którym udało się udowodnić działania przestępcze, mimo prawomocnych wyroków, nie odsiedzieli swojej kary, czasem nie spędzili w więzieniu ani jednego dnia! Wykorzystują oni przebiegle przepisy prawne i różnego rodzaju zaświadczenia lekarskie, że są niezdolni do odbycia kary. A polskie państwo okazuje się wobec takiego cwaniactwa bezradne. Działają tutaj tzw. nieformalne zależności. Widać wyraźnie, że nie oddzieliliśmy się od PRL-u ani politycznie, ani prawie. W najwyższych instytucjach zasiadają ludzie, którym bliżej do Polski Ludowej niż III RP. Nie wspomnę już o tych zbrodniarzach, których nie osądzono, bo np. zdążono zniszczyć dowody.

Trzeba jednak dodać, że „Solidarność” też się wewnętrznie podzieliła, rozwarstwiła. Brakuje jedności, jednomyślności i legenda wspaniałego bezkrwawego ruchu obywatelskiego z roku na rok upada…

Józef Czyczerski: Ja się wciąż czuje człowiekiem Solidarności. Nie tak, jak to się przedstawia opinii publicznej: jakaś była, obecna „Solidarność”. Ja w niej byłem i jestem, niektórzy zaś byli i się „wypięli”, zdradzili.

To w takim razie czyje rocznice obchodzimy? Kogo upamiętnia młode pokolenie, uczestnicząc w różnego rodzaju obchodach – koncertach, wystawach, marszach? Czy powinniśmy wprowadzać terminologię „ta prawdziwa Solidarność” i „ta fałszywa”?

Józef Czyczerski: Trzeba pewne rzeczy uporządkować. „Solidarność”, do której ja należałem i należę, nazywa się Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność” i ona była od początku. To prawda, że w latach 80-tych, do obrad Okrągłego Stołu, do 1989 roku, wielu ludzi skupionych w NSZZ traktowało ten ruch jako odskocznię polityczną. To się wydało przy zdradzie okrągłostołowej i to widzimy do dzisiaj. W ogólnopolskich mediach wypowiadają się osoby, które nie mają tak naprawdę nic wspólnego z Niezależnym Samorządnym Związkiem Zawodowym. Ja podkreślam szczególnie tę nazwę, ponieważ młodzi ludzi, późniejsze pokolenie, ma duży problem z rozszyfrowaniem tych czterech litem przed nazwą „Solidarność”. Bo „Solidarność” wszyscy kojarzą w Polsce z Wałęsą, we Wrocławiu na przykład z Frasyniukiem. A to zaprzeczenia „Solidarności”. W nazwie mamy nieprzypadkowo Niezależny Samorządny Związek Zawodowy.

Ale jakby nie patrzeć, skupieni wokół „Solidarności” walczyli nie przeciwko Lechowi Wałęsie tylko razem z nim, pod szyldem ruchu, który chciał obalić totalitaryzm. Wtedy panowała pod tym względem jedność.

Józef Czyczerski: Ja do dzisiaj zajmuję się sprawami pracowniczymi. W pewnym okresie wmówiono Polakom, że dyskutując o czymkolwiek: o państwie, społeczeństwie, problemach socjalnych itp., dyskutujemy o polityce. Nikt nie definiował czym jest polityka. I tak naprawdę zabroniono nam, solidarnościowcom, mówić o polityce. Współcześnie odpowiadają nam: zajmujcie się tam swoim związkiem. Co gorsze, tak mówią ci, którzy wyszli z „Solidarności”! M.in. wspomniani już Frasyniuk czy Wałęsa. Oni jakby przejęli monopol i zabraniają nam wypowiadać się na tematy polityczne. A my powinniśmy to robić tak, jak w latach 80-tych, bo polityka jest wszystkim, co nas dotyka na co dzień.

Oglądając się za siebie na te 25 lat wolnej Polski, które przecież w tym roku obchodzimy, nie można mówić o zastoju. Ale chyba nie ma też powodów to tzw. „hurraoptymizmu”?

Józef Czyczerski: Wystarczy pokazać jedno zjawisko: młodzi ludzie muszą wyjeżdżać z Polski, ponieważ my przez 25 lat nie byliśmy w stanie zbudować przemysłu, w którym młodzież znalazłaby swoje miejsce. Wypychamy ich za granicę i jeszcze się tym szczycimy. Ci „wielcy” z „Solidarności” podczas różnych uroczystości odwołują się szlachetnie do korzeni i nie wiadomo czego jeszcze, a tak naprawdę przeciwstawili się całej idei niezależnego ruchu związkowego.

A Okrągły Stół w szkolnych podręcznikach wciąż przedstawia się jako bezapelacyjny sukces spragnionych wolności Polaków. Zgadza się Pan z tym?

Józef Czyczerski: Dla mnie to była zdrada wybranych ludzi z „Solidarności”. Jak się Pan przyjrzy bliżej historii, to zobaczy Pan, że Kiszczak z tzw. swoim towarzystwem wybrał niektórych ludzi, a społeczeństwo uwierzyło, że oni naprawdę chcą zmian, które dotkną zwykłych obywateli. Gdyby przeczytać postulaty ze Stoczni Gdańskiej, ale nie w sposób literalny, tylko poczuć ducha tych pragnień, które z nich płyną, to te żądania są przecież dzisiaj aktualne. Ja wierzę jednak w naszą młodzież. W ostatecznych walkach z komunistyczną władzą miałem dwadzieścia parę lat. Ryzykowaliśmy wszystko, żeby wyrwać z totalitaryzmu naszą Polskę. Mam głęboką nadzieję, że wielu nie patrzy na ojczyznę przez pryzmat biznesu, żeby tylko móc, używając przenośni, regularnie pić piwo i bawić się. Bo istnieją sprawy jeszcze ważniejsze.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj