Oferent w polskiej ambasadzie w Moskwie

kreml.jpg

Jest rok 1992, do ambasady USA w Talinnie zgłasza się niepozornie wyglądający człowiek oferujący rządowi Stanów Zjednoczonych, w zamian za opiekę, ogromny zbiór dokumentów wytworzonych przez KGB (wcześniej NKWD) od lat 30. do połowy lat 80.

Jednak amerykańska ambasada nie chciała z nim rozmawiać, traktując go jak oferenta-prowokatora. Człowiek ów czując, że grunt pali mu się pod nogami, a właściwie to walczy o przeżycie, udał się do brytyjskiej ambasady. Na szczęście tamtejsza rezydentura MI6 widząc, co oferent ma na sprzedaż, nawiązała z nim współpracę.

Kolejnym uciekinierem ze Wschodu okazał się 50-letni Wasylij Mitrochin, archiwista KGB, który wraz z rodziną wywieziony został przez Brytyjczyków na Zachód, podobnie jak jego archiwum złożone z 300 tys. tajnych dokumentów KGB ― tzw. archiwum Mitrochina.

Oferenci

Jest rok 1985, do rezydentury KGB w sowieckiej ambasadzie w Waszyngtonie zgłasza się funkcjonariusz CIA Aldrich Ames, podając urzędnikowi kartkę z jednym słowem: Oleg Gordijewski (szef rezydentury KGB w Londynie, wówczas już współpracujący z MI6), żądając za to 50 tys. dolarów, które wkrótce otrzymuje wraz z propozycją „nie do odrzucenia” dalszej wieloletniej, jak się okazało, współpracy.

Jest rok 2010, 10 maja do polskiej ambasady w Moskwie zgłasza się człowiek chcący przekazać polskim służbom informacje na temat katastrofy rządowego samolotu Tu-154M, która wydarzyła się miesiąc wcześniej pod Smoleńskiem.

W Warszawie dwóch zastępców szefa wywiadu gen. Macieja Huni podejmuje decyzję o… braku zainteresowania tą sprawą i przekazaniu danych o informatorze rosyjskiemu kontrwywiadowi (FSB).

Tę szokującą informację przekazał w Sejmie minister Mariusz Kamiński. Nietrudno w nią uwierzyć, już 12 kwietnia 2010 roku rezydentury polskiego wywiadu w różnych miejscach na świecie otrzymały wyraźny zakaz zajmowania się możliwymi przyczynami katastrofy smoleńskiej.

Wszystkie służby natowskie na styku ze Wschodem mają rzeczywisty problem z oferentami. Kiedy do placówki Straży Granicznej gdzieś nad Bugiem zgłasza się Rosjanin lub Białorusin oferujący informacje (oferent właśnie), to oficer, który z nim porozmawia, zwykle będzie z pionu operacyjnego. I o to w całej zabawie może chodzić, o proste ustalenie. W takim scenariuszu jedne służby mogą praktycznie „zadaniować” inne służby podrzucając im oferentów z fałszywymi lub częściowo prawdziwymi informacjami.

Do polskich służb specjalnych zgłaszają się oferenci będący prowokatorami wschodnich służb specjalnych (być może jest ich najwięcej), ale także fantaści, megalomani, osoby niezrównoważone psychicznie oraz oferujący prawdziwe informacje, tyle że mało istotne. Jednak czym innym jest nie przyjąć informacji od oferenta, a zupełnie odmienną sprawą jest przekazać go, i to w Rosji, miejscowym władzom. Oczywiście, późniejsze ustalenie, co się z oferentem dzieje, wyjaśniłoby po części całą sytuację, tyle że w Rosji jest to szczególnie trudne.

Archiwum Mitrochina

Z czasem eksperci z FBI I CIA przyznali, że archiwum Mitrochina jest najcenniejszą zdobyczą Zachodu dotyczącą zimnej wojny. Archiwum zawierało bowiem ogromną wiedzę na temat działań dezinformacyjnych Związku Sowieckiego w Europie Zachodniej, zdołano ujawnić kilkudziesięciu tajnych agentów Moskwy, przerwano wiele karier, jak choćby włoskiego socjalisty Romano Prodiego. W archiwum Mitrochina znajdowały się też materiały dotyczące Polski, jak choćby potwierdzające, że po internowaniu Wałęsy w Arłamowie SB przypominało mu, że otrzymywał od nich pieniądze w zamian za informacje.

Przypomnijmy, wśród najgłośniejszych I najbardziej wartościowych agentów w czasach zimnej wojny dominują właśnie oferenci. Pierwszym, tuż po wojnie, był szyfrant Igor Guzenko z sowieckiej ambasady w Ottawie, który sam zgłosił się do policji kanadyjskiej. W latach 60. do najbardziej wartościowych zdobyczy Zachodu należeli major KGB Anatolij Golicyn oraz pułkownik GRU Oleg Pieńkowski, obaj sami zgłosili się do służb zachodnich z propozycją współpracy. A z drugiej strony?

Aldrich Ames z CIA, którego zdrada spowodowała wyroki śmierci na co najmniej kilku amerykańskich agentach w szeregach oficerów KGB, oraz Robert Hanssen z kontrwywiadu FBI, sami zgłosili się do placówek sowieckiego wywiadu w USA żądając pieniędzy w zamian za informacje. Pułkownik Ryszard Kukliński, jedna z ważniejszych postaci zimnej wojny, również sam zgłosił się do CIA proponując współpracę, choć jego motywacje były zupełnie odmienne.

Jak widać służbom trafia się „metaforyczny Mitrochin”, więc warto czekać. Trudno przesądzać, jaki byłby wynik kontaktów z rosyjskim oferentem w maju 2010 roku, nie porozmawiała z nim przecież nawet sekretarka lub tłumaczka ambasady. Że go odprawiono, jestem w stanie zrozumieć, kładąc to na karb biurokracji, mało finezyjnych procedur i instrukcji. Ale że go „sprzedano” Rosjanom to dla mnie nazbyt wiele. Cała ta sprawa wygląda jak najgorzej, jakby ówczesne władze obawiały się, że ktoś przyniesie istotne informacje o katastrofie smoleńskiej. Informacje ,z którymi trzeba będzie coś zrobić, więc najlepiej informatora od razu oddać Rosjanom, którzy sami mieli „zarządzać” katastrofą. I to zanim ów człowiek zacznie mówić.

Jeśli był wysłannikiem FSB, to po cichu dostaje order, a jeśli faktycznym kandydatem na informatora i coś ważnego wiedział, to zapewne już nie żyje..

autor: Waldemar Maszenda

źródło: gazeta Obywatelska

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ