-1.8 C
Wrocław
Łukasz Warzecha Marek Kuchciński zamyka Sejm. Symboliczna decyzja marszałka

Łukasz Warzecha Marek Kuchciński zamyka Sejm. Symboliczna decyzja marszałka

Warzecha.jpg

Część P.T. Czytelników powie zapewne do razu, że zajmuję się bzdurami. Mój stosunek do „bzdur” tego rodzaju od dawna jest taki sam: uważam, że są symptomatyczne i mówią o ludziach (nie tylko sprawujących władzę) często więcej niż ważne projekty czy wydarzenia. Ba, czasami bywają wręcz symboliczne.

Tak jest z dopiero co podjętą przez marszałka Marka Kuchcińskiego decyzją o zamknięciu dla osób postronnych terenu Sejmu. Tu koniecznych jest kilka słów wyjaśnienia dla Czytelników niemieszkających w stolicy lub nieznających specyfiki tego miejsca.

Budynek polskiego Sejmu (i Senatu) to specyficzne założenie architektoniczne, rozrzucone na przestrzeni zawartej pomiędzy ulicami Frascati, Wiejską, Górnośląską i Parkiem im. Rydza-Śmigłego. Kompleks złożony z wielu budynków (w tym najsłynniejszej sali posiedzeń, zbudowanej po I wojnie światowej na zlecenie rządowe, podobnie jak większość głównych elementów kompleksu) dzielą uliczki i przejścia, tworzące otwarty teren. Założeniem architektów, opracowujących kompleks w odrodzonej Rzeczypospolitej na początku lat 20., była właśnie ta otwartość, dostępność tego terenu dla każdego. I to założenie było szanowane aż do dzisiaj – także w trakcie rządów komunistycznych.

Przez teren Sejmu mógł przejść każdy, wchodząc od strony wiślanej Skarpy i przechodząc w stronę ulicy Wiejskiej czy Frascati lub w kierunku odwrotnym. Każdy też mógł się poruszać pomiędzy sejmowymi budynkami nie niepokojony. Nierzadko można było zobaczyć mieszkańców najbliższej okolicy (dzisiaj zdominowanej już niestety przez drogie wille lub mieszkania na wynajem za słone pieniądze), skracających sobie drogę właśnie przez tereny sejmowe. Otwartość terenu polskiego Sejmu była symboliczna i – faktycznie – była swego rodzaju ewenementem. Cechą charakterystyczną i wyjątkową właśnie polskiego parlamentu. Symbolem tego, że władza nie może się odgradzać od ludzi. Że jest mimo wszystko blisko nich.

Pomysły stawiania ogrodzenia wokół Sejmu po raz pierwszy zaczęły się pojawiać za pierwszych rządów PiS – i już wtedy pisałem o nich krytycznie. Później wróciły za marszałek Ewy Kopacz – i krytykowałem je również wówczas (podobnie zresztą jak wielu polityków ówczesnej opozycji). Miały bowiem dwa trudne do zaakceptowania wymiary: po pierwsze – były naruszeniem wspomnianej tradycji i symboliki otwartości; po drugie – ich celem, co nie budziło wątpliwości, było uwolnienie polityków od tak irytujących sytuacji jak spotkania z niezadowolonymi wyborcami. To przecież właśnie na terenie Sejmu odbyło się słynne spotkanie Ewy Stankiewicz ze Stefanem Niesiołowskim. Zaś za pretekst do podjęcia sprawy ogrodzenia Sejmu przez Ewę Kopacz posłużyła dęta afera z rzekomym pomysłem zamachu na polski parlament, którego miał dokonać Brunon K.

Wszystkie te pomysły – także ze względu na zdecydowany sprzeciw opozycji z lat 2007-2015, grzmiącej o aroganckiej i separującej się od obywateli Platformie – spełzły na niczym. Trzeba było dopiero „dobrej zmiany” w postaci Marka Kuchcińskiego, żeby teren sejmowy zamknąć dla postronnych, postawić stałe posterunki Straży Marszałkowskiej i przestać wpuszczać osoby bez przepustek na mocy zarządzenia marszałka, które obowiązuje od 1 sierpnia. Jak sądzę, nieprzypadkowo zarządzenie weszło w życie w środku wakacji – na wielu osobach może wywrzeć wrażenie kolejnego rozdziału w księdze „Arogancja władzy”.

Zawiera się w tym nieprzyjemny paradoks, że teren Sejmu – wbrew jego założeniom i tradycji polskiego parlamentaryzmu – zamyka dla postronnych przedstawiciel właśnie tego ugrupowania, które przed wyborami ustawiało się w kontraście z Platformą jako partią odwracającą się d obywateli, niesłuchającą ich i ignorującą ich postulaty. Robi to w dodatku po cichu i bez rozgłosu, jakby wstydliwie.

Nie wiemy, dlaczego marszałek Kuchciński podjął taką decyzję. Nic nie wskazuje na to, żeby miała to być regulacja tymczasowa. Gdyby poprosić o jej uzasadnienie (co wydaje mi się kompletnie bezcelowe), Kancelaria Sejmu zapewne odwoła się standardowo do względów bezpieczeństwa, bez szczegółowych wyjaśnień. Względami bezpieczeństwa można, jak wiadomo, uzasadnić niemal każdy absurd i zamordyzm, zwłaszcza wówczas, gdy większość wyborców nie jest na tę kwestię uczulona i z potulnością baranów zgadza się na każdą decyzję wspieranej przez siebie władzy.

Można by oczywiście spytać, cóż takiego stało się akurat teraz, że teren Sejmu musiał zostać zamknięty. O jakim to nagłym zagrożeniu dowiedział się marszałek Kuchciński? Ile jest w takim razie prawdy w słowach ministra Błaszczaka, twierdzącego, że w Polsce żadnego znaczącego zagrożenia nie ma?

Oczywiście czytam głosy, że po zabójstwie Marka Rosiaka i w dobie terroryzmu decyzje Kuchcińskiego są absolutnie uzasadnione. Nie zgadzam się. Gdyby rozumować w ten sposób, trzeba by Sejm czym prędzej otoczyć murem w wysokości trzech metrów i rozstawić dookoła karabiny maszynowe, a każdy poseł musiałby dostać ochronę. Marek Rosiak nie zginął zresztą w Sejmie, ale w biurze poselskim. Powtarzałem i powtarzać będę: całkowite bezpieczeństwo jest groźną iluzją, do której dążenie musi się wiązać z coraz większym ograniczaniem wolności. Tymczasem sprawowanie władzy, także ustawodawczej, wiąże się nieodmiennie z pewnym ryzykiem, które można eliminować jedynie w drodze coraz dokładniejszego izolowania się od obywateli – w czysto fizycznym sensie. Tą drogą poszła Platforma, której politycy przyjmowali z czasem coraz bardziej dworski styl, bynajmniej nie z powodu realnego zagrożenia, ale raczej dla samej rozkoszy sprawowania władzy i korzystania ze związanych z tym przywilejów. Na tę drogę wkracza również PiS decyzją Marka Kuchcińskiego.

Śmiem jednak twierdzić, że wcale nie o bezpieczeństwo tu idzie, lecz o to samo, o co szło w pomyśle pana marszałka, aby skoszarować wszystkich dziennikarzy sejmowych w dawnej placówce Straży Marszałkowskiej, zabraniając im swobodnego poruszania się po Sejmie. Powodem nie była żadna potrzeba „uporządkowania” relacji z mediami, ale fakt, że spotkania z nimi bywają dla rządzących uciążliwe i kłopotliwe. O ileż przyjemniej się rządzi, gdy pod nogami nie pętają się jacyś pismacy.

Teraz przy wejściach do sejmowych budynków nie będą się pętać również zwykli wyborcy, którzy dotychczas mogli tam dotrzeć i na przykład zacząć zadawać nieprzyjemne pytania. A że posłowie parkują swoje samochody właśnie na terenie Sejmu, więc teraz będą mogli stamtąd wyjechać bez obawy, że zostaną skonfrontowani z rzeczywistością w postaci jakiegoś rozczarowanego obywatela. Będą mogli nareszcie całkowicie oderwać się od nieprzyjemnego, nieidealnego świata za oknem.

W ostatni czwartek na antenie Polskiego Radia 24 w swoim programie „Szukając Dziury w Całym” rozmawiałem z historykiem Sławomirem Koperem i politologami Rafałem Matyją oraz Michałem Kuziem o tym, czy władza musi degenerować. Sięgaliśmy przy tym po przykłady z II Rzeczpospolitej czasów Piłsudskiego i po jego śmierci. Jednym z wątków było oderwanie od rzeczywistości, tworzenie wokół siebie przepychu. W czwartek nie wiedziałem jeszcze o decyzji marszałka Kuchcińskiego. Gdybym wiedział, z pewnością i ten przykład pojawiłby się w moim programie.

Aha – Sejm pozostawał terenem otwartym przez cały okres istnienia II RP, która była nękana terroryzmem (zabójstwo Pierackiego w 1934 roku) w stopniu znacznie większym niż dzisiejsza Polska.

źródło: wpolityce.pl

fot: youtube

 

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ