10.9 C
Wrocław
Wicepremier Gowin: “Jako obóz władzy popełniliśmy błędy. Musimy wyciągać wnioski i być...

Wicepremier Gowin: “Jako obóz władzy popełniliśmy błędy. Musimy wyciągać wnioski i być bezlitośni wobec własnych słabości”

jgowin.jpg

Zrobiliśmy – my, czyli obóz władzy – wiele błędów w ostatnich tygodniach. Mamy tego świadomość. Musimy wyciągać wnioski z tych błędów. Biec do przodu jeszcze szybciej. Być bezlitośni wobec własnych słabości

— mówi w rozmowie z Łukaszem Warzechą Jarosław Gowin, wicepremier, minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Rozmowa z wicepremierem i ministrem nauki i szkolnictwa wyższego Jarosławem Gowinem.

wPolityce.pl: Zacznę od sprawy szczegółowej, ale symptomatycznej. Od 8 września, będąc palaczem fajki, nie mogę już kupić tytoniu przez internet. To skutek znowelizowania ustawy antynikotynowej według rządowego projektu. Nowelizacja wypełnia dyrektywę UE, której celem jest uniemożliwienie kupna tytoniu osobom niepełnoletnim, ale w niektórych krajach problem rozwiązano tak, że dorośli nadal mogą tytoń kupować przez internet. W Polsce rząd PiS postawił na maksymalne restrykcje i całkowity zakaz. Jak się to Panu podoba jako politykowi, który deklarował zawsze, że jest przeciwnikiem nadmiernej liczby zakazów, nakazów i krępowania wolności obywateli?

Jarosław Gowin, wicepremier, minister nauki i szkolnictwa wyższego, szef Polski Razem: Co do zasady, w przypadku dyrektyw UE staramy się trzymać reguły „nakazy Unii plus zero”. W przypadku dyrektywy antynikotynowej spór w rządzie trwał wiele godzin. Ja sam uważam, że państwo nie powinno traktować obywateli paternalistycznie, ale dla ministra Radziwiłła walka z nałogiem nikotynowym jest rodzajem misji i udało mu się przekonać Radę Ministrów, że proponowane rozwiązanie przyniesie w przyszłości duże oszczędności dla budżetu państwa, ponieważ choroby, będące konsekwencją palenia, poważnie obciążają finanse publiczne.

Czy minister Radziwiłł przedstawił jakiekolwiek wyliczenia? Przecież z wysyłkowej sprzedaży tytoniu korzystali głównie hobbyści – palacze fajki czy cygar, a nie masowo palacze papierosów.

W tej sprawie minister Radziwiłł kierował się swoimi przekonaniami jako lekarz. Natomiast w trakcie innych dyskusji na Radzie Ministrów Konstanty Radziwiłł wspierał podejście bliskie mnie i, jak sądzę, panu redaktorowi.

No to z innej beczki: marszałek Kuchciński zamknął tereny sejmowe dla zwykłych obywateli, choć dotąd były otwarte. Planuje poważne ograniczenia dla dziennikarzy w Sejmie. Trochę się to kłóci z opowieściami o otwartości wobec obywateli.

Zasady pracy dziennikarzy w parlamencie powinny zostać doprecyzowane. Te obowiązujące dotąd utrudniały pracę posłom i senatorom. Ja sam parokrotnie zostałem prawie stratowany przez grupy kamerzystów, biegnących za uciekającym politykiem. Ale powstaje pytanie, jak daleko takie regulacje powinny pójść. Mogę powiedzieć tyle, że nie jestem entuzjastą rozwiązań zaproponowanych przez marszałków Sejmu i Senatu.

To incydenty, a nie symptomy antyliberalnego kursu, przyjmowanego przez rząd?

Tak. Ale zgadzam się, że pozostaje pytanie, czy z dostateczną energią zabraliśmy się za uwalnianie polskich przedsiębiorców i szerzej – polskich obywateli od nadmiaru przepisów, zarówno unijnych, jak i polskich.

Pytanie bardzo zasadne. Dwie ustawy wkroczyły mocno w sferę obywatelskich wolności – o policji i antyterrorystyczna. Obietnica podniesienia kwoty wolnej nie została zrealizowana, ma być skonsumowana wraz ze stworzeniem jednolitego podatku, ale ten podatek dla części obywateli będzie prawdopodobnie oznaczał nie mniejsze, a większe daniny. Nie bardzo widzę jakiekolwiek reformy w duchu wolnościowym.

Zmiany w ustawie o policji i ustawie antyterrorystycznej były konieczne, poprzedziły je wielodniowe uzgodnienia między ministrami. W przypadku ustawy antyterrorystycznej zostałem przez panią premier zobowiązany do kierowania zespołem, w skład którego weszli, z jednej strony, minister Streżyńska, z drugiej – mininstrowie Kamiński i Wąsik. Debatowaliśmy przez wiele godzin i pod ostateczną wersją mogę podpisać się z czystym sumieniem.

Co do innych ustaw wolnościowych: obniżyliśmy CIT dla małych przedsiębiorców, przyjęliśmy ustawę o innowacyjności, która daje realne ulgi podatkowe kolejnej grupie przedsiębiorców, na uczelniach od 1 października obowiązuje ustawa deregulacyjna, radykalnie ograniczająca biurokrację na uczelniach wyższych. Na pewno takich przykładów można podać dużo więcej. Szczególne nadzieje wiążę z pakietem ułatwień dla przedsiębiorców, które wkrótce przedstawi premier Morawiecki. Natomiast podzielam zarzut, że w pierwszych 10 miesiącach zbyt mały nacisk położyliśmy na działania gospodarcze. Promowane były przede wszystkim projekty społeczne. Ostatnie zmiany w rządzie przywracają równowagę. Musimy podnieść tempo wzrostu gospodarczego do 4-5 procent, bo bez tego nie da się w długim okresie realizować programu społecznego głównej partii naszej koalicji.

Tylko że ten program jest już realizowany – mamy 500 Plus, a niedługo Sejm uchwali prezydencki projekt powrotu do dawnego systemu emerytalnego, kompletnie nie uwzględniając sytuacji, w jakiej znajdują się finanse ZUS i państwa. Koszt tej operacji sama Kancelaria Prezydenta szacuje na 40 miliardów złotych w ciągu trzech lat. Wiadomo też, że świadczenia będą śmiesznie niskie, za to obciążenia obywateli wzrosną.

Wyborcy, oddając głos na PiS, oddali go również na obniżenie wieku emerytalnego. Ja sam, zawiązując koalicję z Prawem i Sprawiedliwością, usłyszałem od Jarosława Kaczyńskiego, że obniżenie wieku emertytalnego to zobowiązanie, które jego partia traktuje jako probierz własnej wiarygodności. Zakładam więc, że do tego dojdzie. Pytanie, czy musi się to stać już w październiku 2017 roku i czy w sytuacji spowolnienia tempa wzrostu nie warto rozważyć przesunięcia tego rozwiązania w czasie przy założeniu, że weszłoby ono w życie w tej kadencji. Ważniejsze jednak jest, czy przyjmiemy projekt prezydencki w takim kształcie, w jakim trafił do Sejmu, czy też go zmodyfikujemy. Popierałem tu stanowisko ministra Szałamachy, że obniżając wiek emerytalny, należy jednocześnie podnieść staż pracy, uprawniający do przejścia na emeryturę, np. do 40 lat w przypadku mężczyzn i 35 lat w przypadku kobiet. To racjonalna korekta. Jeśli jej nie wprowadzimy, to wskutek procesów demograficznych i obniżenia wieku emerytalnego w ciągu kilku lat z rynku pracy zniknie około półtora miliona ludzi, czyli prawie 10 proc. pracujących. To musi się odbić na gospodarce.

nną racjonalną propozycją ministra Szałamachy było złagodzenie projektu „Solidarności”, dotyczącego zakazu pracy w niedziele, tylko że to właśnie Pawła Szałamachy nie już ma dziś w gabinecie premier Szydło. Był zbyt racjonalny, a za mało wizjonerski?

W sprawie handlu w niedziele minister Szałamacha słusznie postulował, aby na zasadzie eksperymentu wprowadzić zakaz dotyczący wyłącznie hipermarketów w pierwszą niedzielę w miesiącu i sprawdzić, jakie będą tego skutki gospodarcze. W ogóle chcę powiedzieć, że bardzo wysoko cenię Pawła Szałamachę za wybitne kompetencje intelektualne, propaństwowość i krystaliczną uczciwość. Podkreślam to tym mocniej, że w ostatnich miesiącach miałem z nim parę – moim zdaniem niepotrzebnych – kontrowersji. Ale ster władzy w sprawach gospodarczych musiał być w jednych rękach. Obaj wiemy, o co chodzi…

Podoba się Panu w ogóle pomysł, aby wyróżnić tylko jedną grupę pracowników i zarazem pouczać Polaków, jak mają spędzać wolny czas?

Moja dusza liberała w tym przypadku nie cierpi, ponieważ warunkiem funkcjonowania rynku jest zapobieganie powstawaniu monopoli. Hipermarkety konsekwentnie budują sobie pozycję monopolistyczną, wypierając małe i średnie sklepy.

Tyle że Jarosław Kaczyński powiedział wyraźnie: „Poprzemy projekt »Solidarności«”. Nie wspominał o jakichkolwiek modyfikacjach. A projekt „Solidarności” oznacza zakaz handlu w każdą niedzielę, obejmujący nie tylko hipermarkety, ale cały handel wielkopowierzchniowy, a kto wie, czy i nie sklepy internetowe.

Zanim podejmiemy decyzję, trzeba zbadać jej skutki gospodarcze. Nie możemy jednocześnie mówić, że zależy nam na szybszym tempie wzrostu gospodarki i podejmować działań, które go duszą. W tej sprawie nie było jeszcze dyskusji pomiędzy koalicjantami, więc uważam temat za otwarty.

Wicepremier Morawiecki dostał pełnię władzy nad gospodarką. Został ministrem finansów Będzie mógł bez oporów realizować swój plan, o którym otwarcie mówi, że nie jest to plan wolnorynkowy, że od dogmatu wolnego rynku trzeba odejść. Czy idziemy w kierunku gospodarki centralnie planowanej?

Na pewno plan Morawieckiego nie jest wyrazem leseferyzmu. Ale krzywdzące jest też mówienie o centralnym planowaniu. Premierowi Morawieckiemu chodzi o interwencję państwa obliczoną na wspieranie prywatnego biznesu. Oczywiście plan Morawieckiego przewiduje wspieranie spółek skarbu państwa, ale też nową dla nich rolę – mają mocniej działać na rzecz innowacyjności.

W rządzie i poza nim coraz więcej osób, również generalnie przychylnych obecnej władzy, zaczyna narzekać, że ten plan nie jest wciąż niczym więcej niż zbiorem slajdów w Power Poincie.

Nie zgadzam się z tym. On jest realizowany, ale nie tak szybko, jak można by sobie życzyć. I tu jest pełna zgoda na szczeblu koalicyjnym: reformy Morawieckiego muszą być przyspieszone, a dotąd w niektórych obszarach były spowalniane wskutek rozbieżności pomiędzy autorem planu a niektórymi innymi ministrami.

Którymi ministrami? Przede wszystkim chodziło o Szałamachę?

Zostawmy personalia na boku, minister nie jest od tego, by publicznie dywagować o różnicach zdań między jego kolegami. Mogę powiedzieć tyle, że spory zostały przecięte. Zresztą w różnicy stanowisk nie ma niczego złego. Mnie samemu krytyczne uwagi kolegów z rządu o moich projektach pomogły w ich udoskonaleniu. Jest jednak czas dyskusji i czas podejmowania decyzji. Plan premiera Morawieckiego został gruntownie przedyskutowany przez rząd. Teraz cała naprzód. Postulat powołania Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów był od początku w programie naszej koalicji i z pewnym opóźnieniem, ale jednak został zrealizowany.

Został zrealizowany, ale powstaje pytanie, czy Morawiecki poradzi sobie z ogromem zadań. I czy brak rządowego liczykrupy wyjdzie nam na dobre.

Unia personalna między ministerstwem rozwoju i ministerstwem finansów jest eksperymentem. I jak z każdym eksperymentem wiąże się z nią pewne ryzyko. Ale gdybym nie był przekonany, że Mateusz Morawiecki jest w stanie sprostać wyzwaniu, oponowałbym przeciw temu rozwiązaniu.

Jak pracuje się w rządzie, gdy centrum decyzyjne znajduje się poza nim – na Nowogrodzkiej?

To nie tak. Iluzją jest przekonanie, że państwem da się kierować z tylnego siedzenia. Premier na co dzień podejmuje tyle decyzji, że nawet, gdyby chciał je konsultować z jakimś ośrodkiem pozarządowym – nie jest w stanie. Państwo pogrążyłoby się w bezwładzie. W obozie Zjednoczonej Prawicy od początku było oczywiste, że premiera wskaże największe ugrupowanie, czyli PiS. To PiS zdecydował się na wariant, w którym lider obozu pozostaje na zapleczu. Koalicjanci przyjęli to do wiadomości.

Oczywiście – każdej decyzji nie da się konsultować, ale najważniejsze – tak.

Najważniejsze decyzje powinny być konsultowane z naszym zapleczem parlamentarnym, bo przecież rząd jest jego emanacją. Byłoby tak także wtedy, gdyby premierem był Jarosław Kaczyński.

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ