Lech Wałęsa zawarł sojusz strategiczny z Grzegorzem Schetyną. I już po odwaleniu zakontraktowanych jeszcze sześciu spotkań w ramach sojuszu z Komitetem Obrony Demokracji, będzie walczył razem z Platformą Obywatelską. To znaczy będzie walczył przede wszystkim ramię w ramię z PO, bo jeśli KOD zakontraktuje go na kolejne spotkania, to przecież nie odmówi. Kto ma w końcu bronić demokracji jak nie Lech Wałęsa? To przecież człowiek, który wyprowadzi na ulice dwa miliony ludzi, na dobę przejmie władzę w Polsce, pozamyka kogo trzeba, z Jarosławem Kaczyńskim na czele, po czym wróci do swego Sulejówka, czyli na ulicę Polanki. Grzegorz Schetyna firmuje te megalomańskie niedorzeczności, gdyż chce mieć jakąś rozpoznawalną postać kojarzącą się z masami, a nie chce, żeby to był ktokolwiek z Komitetu Obrony Demokracji, a szczególnie Mateusz Kijowski. Jednak liczenie na to, że Lech Wałęsa jest wciąż kojarzony z „Solidarnością” inaczej niż jako kartka w kalendarzu świadczy albo o desperacji przewodniczącego PO, albo o tym, że wie, iż uczestniczy w kabarecie, tylko sądzi, że część widowni te żarty potraktuje serio.
Po dwudziestu latach funkcjonowania w roli „:legendy” Lech Wałęsa osiągnął tyle, że całkiem powszechnie kwestionuje się niemal wszystko, co go do statusu „legendy” doprowadziło. Co sprawia, że w powszechnym obiegu Lech Wałęsa stał się wyłącznie celebrytą, znanym z kolejnych fotek, najczęściej z jakimiś mniej lub bardziej rozebranymi paniami, robionych na plażach, w pięciogwiazdkowych hotelach czy luksusowych spa. Dla użytkowników Internetu jest jeszcze Lech Wałęsa autorem coraz dziwniejszych wpisów, które rzucają się w oczy tylko dlatego, że brak w nich elementarnej logiki i są sprzeczne nie tylko z tymi z poprzedniego dnia, ale sprzeczności występują nawet w ramach jednego, kilkuzdaniowego tekstu, a najczęściej są po prostu niezrozumiałe. Grzegorz Schetyna wyciąga celebrytę Lecha Wałęsę udając, że chodzi o „legendę”. Żeby było jasne, w dawnych czasach zdarzało mi się rozmawiać z Lechem Wałęsą, gdy był jeszcze osobą mającą codzienne kontakty z ludźmi dostarczającymi mu wartościowych informacji oraz opinii. I w jakiś dziwny sposób potrafił te informacje i opinie całkiem sensownie łączyć, więc nawet przy jego specyficznym języku miało się wrażenie rozmowy z kimś tkwiącym w realiach i potrafiącym nie tylko wpływać na rzeczywistość, ale i przewidywać (inna sprawa, jak to wszystko wykorzystywał). Te czasy skończyły się jednak wraz z zaprzestaniem regularnych rozmów z kompetentnymi ludźmi oraz wraz z przerwaniem dopływu wiedzy na temat różnych struktur państwa. Potem była już tylko polityczna fantastyka w coraz bardziej megalomańskim sosie. A teraz jest już wyłącznie Wałęsa celebryta, traktowany tak jak osoba przebrana za niedźwiedzia, z którą turyści fotografują się na Krupówkach. Tyle że Lech Wałęsa fotografuje się w Miami czy na Karaibach, bo wierzy, że jest celebrytą globalnym, choć to też już raczej legenda.
Grzegorz Schetyna za długo tkwi w polityce, żeby nie wiedzieć, że Lech Wałęsa jest obecnie wyłącznie celebrytą i to dość przeterminowanym. Jednak coś go pcha do traktowania Lecha Wałęsy jako przywódcy „Solidarności” i byłego prezydenta. A to zakłada przyjęcie opcji kompletnej amnezji wobec krętactw pokojowego noblisty co do własnej przeszłości. Oczywiście Grzegorz Schetyna może zakładać, że Lech Wałęsa jest kojarzony przede wszystkim jako zaciekły wróg Jarosława Kaczyńskiego i także w tej roli może chcieć go wykorzystać. Tyle tylko, że wystąpienia byłego prezydenta przeciw PiS i Kaczyńskiemu są tak trywialne i schematyczne, że nawet w obozie przeciwników PiS wywołują politowanie, jeśli nie irytację. A w Lecha Wałęsę jako legendę (bez cudzysłowu) „Solidarności” wierzył już chyba tylko niedawno zmarły mistrz Andrzej Wajda, który przecież na tej legendzie zbudował kilka swoich filmów, więc to jest całkiem zrozumiałe. Dla przeciętnych ludzi historyczny Wałęsa jest właściwie innym człowiekiem niż ten celebrycki i jeśli bywa traktowany serio, to raczej pod warunkiem występowania w dwóch osobach. Nie sądzę, żeby Grzegorz Schetyna tego wszystkiego nie wiedział, ale najwidoczniej mu to nie przeszkadza albo po prostu nie ma innego wyjścia.
Schetyna potrzebuje jakiegoś mitologicznego zakorzenienia i nie widzi go poza tzw. pierwszą Solidarnością. Nie chce i właściwie nie może wykorzystywać mitu Powstania Warszawskiego czy szerzej Polskiego Państwa Podziemnego oraz mitu żołnierzy wyklętych, bo one są już zagospodarowane. Postawił więc na mit tzw. pierwszej Solidarności i Lecha Wałęsę. Także dlatego, żeby jakoś zrównoważyć coraz silniejszy mit prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Sam Wałęsa próbuje to zresztą robić, tylko wyjątkowo nieudolnie i niehonorowo, uznając siebie za kreatora Lecha Kaczyńskiego, i to tylko w takim zakresie, na ile mu pozwolił, co jest przyjmowane jako megalomańskie, niesmacznie i niesprawiedliwe. Ale finezja Lecha Wałęsy w takich kwestiach jest wręcz legendarna. Problemem jest tylko to, że mit „Solidarności” i legenda Wałęsy uległy sporemu rozproszeniu, stały się elementem bieżącej walki politycznej. Ale Schetyna jest chyba przekonany, że mając po swojej stronie przede wszystkim Lecha Wałęsę, a także np. Bogdana Borusewicza, ten mit odbuduje i przyda mu blasku. Ale to nie takie proste, jeśli zważyć, że pomaga mu w PO np. Henryka Krzywonos. Poza tym wiedza na temat tego, co się działo w latach 80. (łącznie z ogromnie rozbudowaną agenturą) oraz przy przechodzeniu od PRL do III RP, a także w latach formowania się III RP jest coraz szersza i coraz bardziej gorzka. Przekonanie, że ludzie nic nie czytają, nie wymieniają się informacjami i przyjmą bezkrytycznie heroiczną wersję podawaną im przez Lecha Wałęsę, Grzegorza Schetynę czy Henrykę Krzywonos, wygląda na kompletnie bezpodstawne. Ale ponieważ Schetyna żadnego innego mitu nie ma pod ręką, uczepił się właśnie tego.
W polityce mity są ważne, ale nie zastępują konkretów. A po stronie konkretów PO i Schetyna mają osiem lat rządów i powszechne wśród Polaków przekonanie, że przez te osiem lat władza była odwrócona plecami do przeciętnych ludzi, a jedyną forą kontaktu z nią były kopniaki. Schetyna może twierdzić, że to nie on, tylko Donald Tusk i Ewa Kopacz, ale jednak był znaczącą postacią tego obozu. Może wraz z Lechem Wałęsą próbować delegitymizować rządy PiS na różnych polach, ale działania prospołeczne obecnej władzy są właściwie nie do ruszenia i nie do zakwestionowania. A odwołanie się do mitologii czy legendy w walce z PiS świadczy tylko o tym, że PO i Schetyna są całkiem bezradni, jeśli chodzi o konkrety i sprawy przyziemne. Bujanie w obłokach, nawet w towarzystwie Lecha Wałęsy, czyli najwybitniejszego obecnie specjalisty od lewitowania, konkretów nie zastąpi. Pokazuje tylko, że Schetyna się miota i bardzo chce konkurować z PiS na wszystkich polach, także tym mitycznym. Tyle tylko, że zbudowanie pozytywnego mitu na sybarycie-celebrycie pozującym do fotek w basenach pięciogwiazdkowych hoteli pasuje jak pięść do nosa. Lech Wałęsa nie zamierza przestać być celebryta-sybarytą, a jako taki ma tyle wspólnego z życiem przeciętnych Polaków, ile Kim Dzong Un z demokracją.
źródło: wpolityce.pl
fot: youtube
















