„Smoleńsk” w Berlinie – Mieszkowski we Wrocławiu, czyli dwie strony tego samego zwierciadła

mieszkowski nowy.jpg

Incydenty odwołania, za każdym razem niemal w ostatniej chwili, uroczystych pokazów filmu „Smoleńsk” w Berlinie przez kierownictwa dwóch kolejnych kin, uświadomił mi, jak silny opór potrafią stawiać przeciwnicy obecnej władzy.

A tak naprawdę, przeciwnicy jakichkolwiek zmian, które mogłyby burzyć wszystko to, co zostało ukształtowane w ciągu 26 lat od czasu przełomu politycznego i społecznego latem 1989 roku. Przeciwnikami zaś są architekci III RP, pomysłodawcy i realizatorzy układów w Magdalence, umów Okrągłego Stołu, teraz często już ich rodzinni i ideologiczni następcy, mający wpływy we wszystkich ważnych obszarach życia politycznego, społecznego i gospodarczego w Polsce.

Żeby było tak jak było

Zacząłem od tych dwóch przypadków zerwania wstępnej umowy przez kierownictwa kin berlińskich o pokazie filmu Andrzeja Krauze „Smoleńsk”, ponieważ jest on potwierdzeniem teorii o silnych, rozgałęzionych po całym świecie mackach lobby, zainteresowanego w utrącaniu każdej inicjatywy Prawa i Sprawiedliwości – politycznej, gospodarczej, medialnej.

Każdej reformy, ale też każdego przedsięwzięcia, które podważa wiarygodność poprzedniego obozu władzy, będącego reprezentantem interesów olbrzymich grup, mających swoje korzenie w czasach PRL. Także stróżem pewnego porządku globalnego w Europie, który ma zachować względną równowagę sił między Niemcami a Rosją, nawet kosztem degradacji Polski. Pod warunkiem, że pilnujący tego porządku będą odnosili korzyści niewspółmiernie duże do pozostałych współrodaków. Ich nazwiska i obecne pozycje oraz przynależność partyjna są powszechnie znane.

Dorobiono „gębę” filmowi

A właśnie film „Smoleńsk” jest takim przedsięwzięciem, które wiarygodność poprzedniej ekipy rządzącej, będącej może jeszcze nie szczytową, ale już z pewnością dojrzałą, wyrafinowaną w maskowaniu prawdziwych celów i intencji postacią wszelkiej degeneracji i patologii III RP, to środowiska, które uwiły sobie gniazda w ostatnich dwóch dekadach, robią wszystko, aby zdegradować ten film do nic nie wartego obrazu, albo straszyć nim jako potencjalnym zarzewiem napięć społecznych i politycznych, jako utworem siejącym nienawiść.

Filmem, którego upowszechnianie, ze względu na negatywne wartości, między innymi zawarte w nim kłamstwa, winno być jeśli nie zakazane, to z pewnością mocno ograniczone.

Nie można się dziwić, że etatowi propagandziści poprzedniej ekipy władzy, kryjący się często pod oficjalnymi kryptonimami w rodzaju „krytyk filmowy”, obcesowo zdyskwalifikowali film Antoniego Krauzego pod każdym względem – artystycznym, prawdy historycznej, gry aktorskiej.

Wreszcie dorobiono „gębę” filmowi, a ściśle reżyserowi, imputując, że wysuwa on całkowicie bezpodstawnie tezę o zamachu bombowym na Tu-154 w dniu 10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku. Podczas, gdy film nie opowiada o samej katastrofie i nie wysuwa żadnej hipotezy o przyczynach tragedii. Demaskuje jedynie manipulacje władz i mediów, które dążyły do utrwalenie w świadomości opinii publicznej wersji rządowej, praktycznie rzecz biorąc, będącej w pełnej niemal zgodzie z wersją forsowaną przez rząd rosyjski.

Wyimaginowane zagrożenia

Film od początku do końca był autorskim pomysłem Antoniego Krauzego. PiS jako partia nie miała z nim nic wspólnego. Wobec pełnej impregnacji państwa na projekt zrobienia filmu fabularnego – drobnym, ale znamiennym dowodem jest odmowa przez Polski Instytut Sztuki Filmowej dofinansowania projektu – siła rzeczy jego produkcję zaangażowali się ludzie, stający po drugiej stronie barykady niż rząd, jego agendy, wyznawcy, zwolennicy i wspierające go media. Takim to oto naturalnym sposobem, film został stygmatyzowany jako dzieło PiS.

Przypuszczam, że kiedy w Berlinie kierownictwa kin powoływały się na stworzenie możliwych zagrożeń z okazji pokazów „Smoleńska” (nie wiadomo, jakich zagrożeń, wobec kogo, w jakiej formie te zagrożenia miałyby się objawić), to właśnie te sztucznie doklejone przez polskich „krytyków filmowych” wątki o zamachu, mogły decydować o odwołaniu projekcji specjalnych. O tym zaś, z jakiego środowiska tacy berlińscy Polacy się wywodzą lub są z nim związani nićmi różnych interesów, wspomniałem wcześniej.

Nie wydaje mi się prawdopodobne, aby kierownicy kin sami z siebie podejmowali tak bulwersujące i niespotykane decyzji o odwołaniu uroczystych pokazów filmu. Za każdym razem kina zawierały wstępną umowę nie ze zwykłym dystrybutorem filmu, z ambasadą RP w Berlinie. Sygnały do kierowników kin o konieczności odwołania pokazu, musiały płynąć od ich bezpośrednich zwierzchników. Ci pewnie dostawali takie polecenia od władz Berlina.

Czym z kolei mieliby się kierować władze Berlina, jeśli same nie znały obrazu Antoniego Krauzego. Być może nie słyszały wręcz o filmie, póki ktoś u nich nie zainterweniował, przekazując swoja wiedzę i swoje przekonania o możliwości zagrożeń. Interweniować zaś mogli jacyś Polacy, znający dobrze przedstawicieli władz berlińskich lub przynajmniej mający do nich łatwy dostęp.

Przychodzi mi w tej chwili do głowy ciekawe skojarzenie. Trzy lata temu znana dokumentalistka, wielokrotnie nagradzana za swoje filmy, Majka Dłużewska złożyła do Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej projekt scenariusza planowanego filmu o śp. Marii Kaczyńskiej, żonie prezydenta. Odrzucono jej wniosek o dofinansowanie produkcji tego projektu. Teoretycznie, nie jest rzeczą nadzwyczajną, a co więcej nawet powszechną, odmowa dofinansowania. Kuriozalne jednak było uzasadnienie, dlaczego projekt odrzucono.

Otóż, koronnym argumentem, było zarzut, że film podczas pokazów, będzie zapewne wywoływał napięcia społeczne i wzbudzał uczucia nienawiści. Przypominam to nie bez powodu. Wszak bardzo zbliżoną argumentację przywołano w uzasadnieniu konieczności odwołania pokazów „Smoleńska” w Berlinie. Czyżby to był jakiś znaczący trop?

Antypisowscy fanatycy

Gdyby spojrzeć na panoramę środowisk, które wykazują szczególną aktywność w walce z pisowskimi politykierami, pisowskim barbarzyństwem, pisowskimi zagrożeniami, z pewnością trzeba do nich zaliczyć środowisko twórców – pisarzy, literatów, artystów, aktorów filmowych i teatralnych, malarzy, rzeźbiarzy, muzyków, reżyserów, wymienionych jednym tchem. Można powiedzieć, że ogromne to środowisko działało przez wiele lat w konspiracji. Nie przesadzam, że antypisowskie nastroje panowały w nim od porażki partii braci Kaczyńskich jesienią 2007 roku.

Od tego czasu środowisko twórców – oczywiście nie całe, ale jego ogromna część – naigrywało się z PiS, pluło nań, potępiało tę partię, pogardzało nią. Ale robiono to przeważnie prywatnie. Jedynym widoczny publicznie objawem antypatii do PiS był masowy udział całego tego środowiska w Honorowych Komitetach Wyborczych, popierających kandydatów Platformy Obywatelskiej, zarówno wyborach prezydenckich jak i do parlamentu.

Po raz pierwszy oficjalny „bunt” tego środowiska przeciwko władzy PiS miał miejsce przed miesiącem, nazywany szumnie przez jego organizatorów – choć prawdę mówiąc, lepsze chyba byłoby określenie „prowodyrów” – Kongresem Kultury.

Preludium tego, co działo się podczas Kongresu mogliśmy obserwować od końca sierpnia, po wyborach nowego dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu. Nie ważne stało się, kto w wyniku konkursu został nowym dyrektorem tej ważnej placówki na mapie kulturalnej stolicy Dolnego Śląska. Awantura idzie o to, że dyrektorem przestał być fanatyk antypisowski Krzysztof Mieszkowski, od roku poseł Nowoczesnej. 

autor: Jerzy Jachowicz

źródło: gazeta Obywatelska

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ