Amber Gold – świat fikcji czy realpolitik

amber gold.jpg

Sensacja roku. Na ławie oskarżonych usiadła trójka prokuratorów, sędzia oraz znany gdański polityk. To końcowy efekt działalności sejmowej komisji do sprawy zbadania afery Amber Gold. 
Komisja obnażyła mechanizmy umożliwiające działanie dwojga wyrachowanych oszustów. Mechanizm, który jak rak niszczył życie polityczne i społeczne, w tym przedsięwzięcia biznesowe na Wybrzeżu. Proces siedzących na ławie oskarżonych, toczyć się będzie niezależnie od trwającego od ponad roku procesu przeciwko małżeństwu Katarzyny i Marcina P., właścicielom spółki Amber Gold. 

Czy tak będzie?

Prokuratorzy – Marianna W., Stanisław O. i Oskar B. – są oskarżeni nie tylko o poważne zaniedbania i zaniechania w prowadzeniu śledztwa, lecz o świadome utrudnianie jego prawidłowego przebiegu. Ich manipulacje i manewry powodowały, że do sądów trafiały „ogryzki” oskarżeń, które pozwalały małżeństwu P. za każdym kolejnym razem wychodzić bez szwanku z sądowych opresji. Aby mieli to zapewnione, musieli znaleźć też w sądzie przyjaznego im, wpływowego sędziego. 

Okazał się nim Jacek K., który teraz będzie odpowiadał za ochronę sądową właściciela piramidy finansowej, jaką był Amber Gold. Zamiast wydać skazujący wyrok oraz zakaz prowadzenia działalności finansowej, Jacek K. umarzał dwukrotnie sprawę ze względu na tzw. niską szkodliwość społeczną. 
Wreszcie, jak wykazała komisja śledcza, szef spółki Marcin P. był w bliskich związkach z Janem S., prominentnym politykiem gdańskiej Platformy Obywatelskiej, który rozkładał nad nim parasol ochronny przed organami ścigania, przede wszystkim prokuraturą. Ława oskarżonych oddaje w części, bo przecież nie w całości, co zrozumiałe, patologiczny układ powiązań, jaki istniał na Wybrzeżu między światem biznesu, polityki, aparatem ścigania oraz sądownictwem. 

Z aktu oskarżenia wynika także, że afera Amber Gold w niewielkim tylko stopniu obejmuje przestępstwa czysto finansowe. W gruncie rzeczy jest to afera w równym stopniu ukazująca zdegenerowane związki polityczne. Tylko one umożliwiły powstanie i rozwój firmy Marcina P. 
W pełni potwierdziły się też podejrzenia, że głównymi aktorami tej afery są ludzie związani z Platformą Obywatelską. Nie na darmo mówiło się, że Wybrzeże stanowi największy w Polsce matecznik, w którym bez reszty królowała Platforma Obywatelska, która opanowała wszystkie instytucje Wybrzeża, decydujące o życiu politycznym, społecznym i gospodarczym. 

Oszustwo na ogromną skalę

Obraz, od którego zaczynam ten tekst, jest oczywiście gatunkiem z serii political-fiction. (Inicjały postaci są wymyślone). Czy odbiega on jednak daleko od rzeczywistości? Na razie jeszcze nie wiemy. Z pewnością zdania tu będą podzielone. Jednakże pierwsze przesłuchania przed komisja śledczą wskazują, że afera Amber Gold nie mogła wyrosnąć bez ogromnych zaniedbań, a i prawdopodobnie milczącego wsparcia instytucji, które są odpowiedzialne za ściganie przestępców. 

Spółka Amber Gold, która powstała w 2009 r., podawała się za firmę składującą metale szlachetne, inwestowała w złoto i inne kruszce, a także oferowała klientom atrakcyjne, choć kontrowersyjne lokaty w złoto, srebro i platynę, podpisując z nimi tzw. „umowy składu”, nie mogło nastąpić bez sprzyjania jej przez kilka innych instytucji na Wybrzeżu. 

Po zastrzeżeniach Komisji Nadzoru Finansowego oraz w związku ze śledztwem, które na zlecenie Prokuratury Okręgowej w Gdańsku zaczęła prowadzić ABW, w 2012 r. podjęto decyzję o likwidacji i zamknięciu jej oddziałów, a także o wypowiedzeniu wszystkim klientom przedsiębiorstwa, podpisanych umów.
Marcinowi P., szefowi Amber Gold, w procesie, który już trwa, przedstawiono 17 zarzutów, w tym m.in. poświadczenia nieprawdy, ignorowanie obowiązku składania sprawozdań finansowych spółki, prowadzenie działalności kantorowej bez wpisu do rejestru i działalności bankowej bez zezwolenia. Liczne zarzuty niedopełnienia obowiązków postawiono też pracownikom gdańskich urzędów skarbowych, a także sądów. Kwota roszczeń wobec Amber Gold przekroczyła 600 mln złotych. 

A więc popełnienie oszustwa wielkich rozmiarów i tym samym narażenie kilku tysięcy ludzi na straty, które często były całym dorobkiem ich życia. Marcinowi P. grozi za to 15 lat więzienia. 
Zasłanianie się brakiem pamięci

Tymczasem ponad dwa tygodnie temu sejmowa komisja śledcza rozpoczęła przesłuchania. Na pierwszy ogień przed komisją stanęli prokuratorzy. Prokurator Piotr Gronek z prokuratury rejonowej Gdańsk-Wrzeszcz oraz Dariusz Różycki z prokuratury okręgowej w Gdańsku. 

Charakterystyczne były zeznania tego drugiego, który wielokrotnie po otrzymaniu kłopotliwych dla siebie pytań, zasłaniał się brakiem pamięci. Zadziwiająca to słabość jak na tak odpowiedzialny zawód. Jedyna ciekawsza rzecz, jaką miał do powiedzenia przed komisją, to przyznanie się do tego, że zbyt małą wagę przywiązywał do śledztwa w sprawie Amber Gold, co mogło odbić się na rzetelności i dokładności, w czym dziś dostrzega swoją winę. Dobre i to poniewczasie. 

Niewiele do wyjaśnienia sprawy wniósł drugi z przesłuchiwanych dotychczas prokuratorów – Piotr Gronek. Jak twierdzi, „naskórkowo” zetknął się ze śledztwem w sprawie Amber Gold. W okresie, kiedy przez kilka tygodni zastępował swoją przełożoną Barbarę Kijanko, szefowej prokuratury rejonowej w Gdańsku-Wrzeszczu, która przez kilka tygodni chorowała. 

Szokujące zeznania policjantki

Najciekawsze jak do tej pory zeznania złożyła funkcjonariuszka policji w Gdańsku Katarzyna Tomaszewska-Szyrajew. Policjantka w 2012 roku została oddelegowana do przeprowadzenia dochodzenia ws. Amber Gold przez prokurator Prokuratury Rejonowej Gdańsk-Wrzeszcz Barbarę Kijanko. 

Funkcjonariuszka zajmowała się m.in. przesłuchaniem szefa Amber Gold Marcina P. Jak podkreślała przed komisją Katarzyna Tomaszewska-Szyrajew, prokurator Kijanko ogólnie sprawiała wrażenie bardzo skrupulatnej. Jednakże w sprawie Amber Gold jej postawa była dość niecodzienna. Lekceważyła uwagi policjantki, a „wręcz ją wyśmiewała”.
Jednakże głównym problemem młodej, niedoświadczonej wówczas policjantki był niemal całkowity brak kontaktu z prokurator Kijanko. Chodziło o proste, ale ważne kwestie dla śledztwa tak skomplikowanej sprawie. Prokurator Kijanko unikała z nią kontaktu do tego stopnia, że nawet nie odbierała od policjantki telefonów. Wobec czego ta dwa, trzy razy uciekła się do podstępu. Dzwoniła do innej, znanej sobie prokurator w Gdańsku-Wrzeszczu, prosząc, aby ta przekazała słuchawkę szefowej prokuratury. 

Tomaszewska-Szyrajec mówiła komisji sejmowej, że podczas prowadzenia dochodzenia w sprawie Amber Gold nie kontaktowała się z politykami ani nikt nie wywierał na niej żadnej presji, nie sugerował nikt jak ma prowadzić do dochodzenie, ale też nikt nie radził jej, jak ma rozwiązać problemy, z którymi nie potrafiła sobie sama poradzić. To właśnie, w tych kwestiach liczyła na prok. Kijanko. Zamiast oczekiwanej pomocy napotkała na zniechęcającą drwinę. 
Następnie opowiedziała, jak to podczas jednego ze spotkań z prok. Kijanko zaproponowała, że powinna sprawdzić, czy w skarbcu znajduje się rzeczywiście złoto, które miało stanowić zabezpieczenie dla klientów firmy Amber Gold. Zasugerowała, że powinien to zrobić biegły złotnik, który autorytatywnie stwierdzi, czy w skarbcu jest złoto. Jej sugestia rozbawiła panią prok. Kijanko tak mocno, że zaczęła się śmiać, a kiedy już skończyła stwierdziła, że z biegłym nie ma co przesadzać. 

Zarówno policjantka jak i prok. Gronek zeznali przed komisją, że żadne z nich nie widziała planu, który zwykle jest sporządzony w trakcie prowadzenia śledztwa. Plan ten jest zarazem zarysem koncepcji prowadzenia sprawy. 

Unikanie komisji

Jedną z najbardziej bulwersujących spraw, związanych z przesłuchaniami jest brak obecności głównej prowadzącej tę sprawę w latach 2011-2012 Barbary Kijanko. Ona pierwsza jako prowadząca i zarazem nadzorująca to śledztwo była wyznaczona do pojawienia się przed komisją. Jak na razie jednak nie zjawiła się, zasłaniając się chorobą. Tymczasem wiele wskazuje na to, że kluczowe dla dalszego sposobu prowadzenia śledztwa przez komisję będzie przesłuchanie prok. Barbary Kijanko. 

Dlatego komisja śledcza zdecydowała, aby opinię o stanie zdrowia prok. Kijanko wydał zakład medycyny sądowej w Szczecinie. Istotne będzie orzeczenie, czy prok. Kijanko mimo kłopotów ze zdrowiem będzie mogła być przesłuchana przed komisją, jeśli zajdzie potrzeba w obecności biegłego sądowego z zakresu psychologii.

Czyżby ten wniosek sejmowej komisji świadczył o tym, że prok. Kijanko ma obecnie kłopoty psychiczne?

źródlł: gazeta Obywatelska

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ