Piotr Sutowicz: Gazeta Wyborcza – wstęp do studium przypadku

gazeta wyborcza 1.jpg

Mówi się, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. W życiu jest to prawda, zdaje się, potwierdzona wielokrotnie, stąd powtarzanie tego powiedzonka może czasem uchodzić za głoszenie „mądrości ludowych”, czyli czegoś, co pod pozorem mądrości kryje zwykłą oczywistość. Za każdym razem jednak, kiedy korzystamy z nich, sytuacja staje się nieco kłopotliwa. Cóż począć, wszystko już było i wydaje się, że pod słońcem nic nowego już się nie wydarza.

W całej krasie  współcześnie widać  to zjawisko np. w świecie mediów, a właściwie w okolicach „Gazety Wyborczej”. Od wielu lat pismo to, jak i wiele innych, jakoś tak dziwnie politycznie z nim splecionych powtarzało wszystkim jak mantrę zwrot o wolności przekazu dziennikarskiego, o tym, że społeczeństwo ma prawo wiedzieć to czy tamto i właśnie „my”, tzn. w tym konkretnym wypadku „Wyborcza”, to prawo najlepiej realizujemy. Zwykły czytelnik, widz czy słuchacz otrzymywał informację o wielkości nakładów tegoż publikatora, w pozostałych mediach widział poszczególnych redaktorów, którzy występowali w charakterze autorytetów moralnych, a politycy zabiegali o to, by na tych właśnie łamach komunikować się z wyborcami. Jednym słowem było tak, że to, o czym „Gazeta” napisała, stawało się tematem ważnym, a jeśli czegoś nie zauważyła, tego po prostu nie było. Oczywiście opis powyższy jest uproszczeniem. Na pewno tego typu ośrodków kształtowania opinii publicznej było i, co tu dużo mówić, jest więcej. Kreatorom świadomości zbiorowej chodziło przede wszystkim o to, by działały one w ramach systemu naczyń połączonych. Tematy podrzucano w nich jakby podobnie, powodując u odbiorcy nieodparte wrażenie, że ważne jest właśnie „to”, a nie „tamto”. Oczywiście zawsze istniały media niszowe, inicjatywy obywatelskie czy też katolickie, które oczywiście robiły swoje, jednak łatwo im na pewno nie było i nadal zresztą nie jest.

Ostatnio jednak ewidentnie coś się zmieniło. Co raz to docierają do nas przekazy o kłopotach „Gazety Wyborczej”: spadek nakładu, zwolnienia grupowe czy zamykanie poszczególnych agend. Z jej strony płyną apele do tej pory niesłyszane o to, by czytelnicy bardziej przyłożyli się do jej ratowania, tzn. abonowali ją i kupowali bardziej aktywnie niż do tej pory. W odezwy te włączyli narrację o swego rodzaju udziale w obronie demokracji i wolności obywatelskich, nie wskazując na to, w jaki sposób nieuczestniczenie w procesie ratowania mediów jest działalnością przeciwną. Bez wątpienia pewne pojęcia i zwroty, odnoszące się do życia społecznego, środowisko to w jakiś sposób próbowało sobie przywłaszczyć, tworząc swoisty monopol na ich używanie. Te czasy jednak minęły i wspomniane hasła nie robią wrażenia na szerszej grupie odbiorów, o czym świadczy fakt, iż jak na razie efektu powyższych akcji nie widać. Pokazują one jednak dobitnie, że w środowisku tym punkt widzenia ewidentnie zależy od punktu siedzenia. Oczywiście, część powyższych kłopotów można zwalić na zmniejszanie się rynku drukowanej prasy codziennej. Z pewnością coś takiego ma miejsce. Czytelnik przenosi się do Internetu, gdzie ma dużo większy wybór opinii i informacji, za które nie musi płacić. Serwisy rozwiązują to w sobie wiadomy sposób. Rzeczona gazeta chciałaby, by za dostęp do jej informacji płacić i, jak się okazuje, nie zgłasza się do tego zbyt wielu chętnych. Co należy rozumieć, że wyrażane przez nią opinie nie znajdują jakoś uznania u dużej rzeszy czytelników.

W niniejszym tekście nie chodzi o to, by pastwić się nad jednym ośrodkiem medialnym, z którego usług autor raczej nie korzystał. „Gazety” nie kupowałem i nie czytałem, tym bardziej więc nie powinienem się na niej skupiać. Przy okazji tych dywagacji rodzą się bowiem zupełnie inne pytania. Czy kryzys ekonomiczny czasopisma związany jest z gwałtownym odpływem czytelnika? To być może, ale wydaje się mało prawdopodobne. Co prawda ruch intelektualny pisma oscylował wokół pewnego pokolenia, które do młodych może nie należy, ale jednak ciągle przecież jest czynne. Być może więc „Gazeta” płaci cenę za poparcie określonego obozu politycznego, który w roku ubiegłym przegrał wybory, zwycięzcy zaś przechylili szalę opinii społecznej na prawo i tym samym pismo znalazło się w pustoszejącej mocno okolicy. Na pewno do tego dochodzi fakt, że lewicowe ośrodki młodego pokolenia wytworzyły swoje własne media społecznościowe i sposoby dyskursu, zdaje się, nie uważają opinii pisma Adama Michnika za wiążące dla swojego sposobu myślenia. Chyba nawet niekoniecznie chodzi tu o doktrynę, co raczej sposób przekazu, który młodym gniewnym choćby z partii „Razem” niekoniecznie odpowiada. Poza tym są to grupy, które mimo zdobywania pewnego poparcia w wyborach, same w sobie nie są chyba zbyt liczne. A w mediach masowych chodzi przede wszystkim o masowość właśnie. W przypadku tego największego grupowego odbiorcy, to najważniejsze dla niego jest chyba to, że ludzie „Gazety” zniknęli z części mediów elektronicznych a więc przestali być autorytetami. Tematy, które narzucają, przestają ludzi interesować, bo jednolitość przekazu została złamana, co nie znaczy, że pismo całkowicie zostało pozbawione wpływu na jakąś część opinii publicznej. Wreszcie – czynnik ekonomiczny, który we współczesnym świecie wydaje się kluczowy. Nowe władze ewidentnie odcięły środowisko dziennika od pieniędzy z ogłoszeń płynących z państwowych spółek. Poza tym zmniejszyła się radykalnie liczba prenumerat, jakich dokonywały instytucje publiczne.

Ponieważ fakty te przeniknęły do powszechnej świadomości, obnażyły pewną smutną prawdę. Medium to, tak jak pewnie wiele innych, w równej mierze co od odbiorcy zależne jest od finansowania zewnętrznego. Niestety pokazuje to rzeczywiste związki świata mediów, biznesu i polityki, charakterystyczne nie tylko dla tego ośrodka, lecz z pewnością występujące powszechnie. Obecna władza za pomocą państwowych pieniędzy finansuje inne czasopisma – nie mnie oceniać, lepsze czy gorsze. Najlepiej by było, gdyby ośrodki informowania społecznego same się utrzymywały. Tak jednak nie jest. Czasy mamy, jakie mamy. W takiej rzeczywistości odbiorca mediów musi swoim własnym rozeznaniem wiedzieć, kto za czym stoi i, czy korzystając z tego bądź owego ośrodka, nie popiera on czegoś, czego by nie chciał. Przypadek „Gazety Wyborczej” może wielu rzeczy nauczyć, jeśli tylko chcieć się dowiedzieć czegoś o naszej „czwartej władzy”. Przy okazji pozwolę sobie odpowiedzieć na pytanie, czy medium to upadnie. Dopóki na świecie będą istnieć ośrodki zainteresowane jego istnieniem, będzie trwało, co prawda w mniejszym wymiarze obecności w życiu publicznym niż obecnie, ale zawsze. Chyba, że postanowią one zamknąć tę kartę i stworzą coś zupełnie nowego. Poczekamy, zobaczymy…

autor: Piotr Sutowicz

Źródło: Słowo Wrocławian nr.13/2016

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj