Opozycja na tropie prokuratora stanu wojennego

prokuratura nowa.jpg

Kiedy tylko ekipa TVN przyjechała do dawnego opozycjonisty w Jaśle, pana Antoniego Pikula, ten natychmiast przypominał sobie, że przed 34 laty szykanowany był przez młodego wówczas prokuratora Stanisława Piotrowicza. Wcześniej o tym nie pamiętał, a z pewnością nie mówił, choć miał kilka okazji do wypowiedzi, czy nawet interwencji.

Stanisław Piotrowicz w 2005 roku został senatorem, kandydując na Podkarpaciu, gdzie do dziś mieszka Antoni Pikul (w Jaśle). Później, nadal jako bezpartyjny, ale popierany przez PiS, Piotrowicz trzykrotnie startował w wyborach z Podkarpacia; do Sejmu (2007, 2011, 2015) oraz bez powodzenia do europarlamentu (2014). Pan Pikul musiał o tym słyszeć, ale najwyraźniej nadal niczego nie pamiętał, dopiero widok kamer TVN niespodziewanie przywrócił mu pamięć.

W ten sposób w orwellowskim przekazie części mediów i całej opozycji ― a frontmanem jak zwykle był Władysław Frasyniuk ― poseł Piotrowicz został okrzyknięty „prokuratorem stanu wojennego”, zastępując na tym stanowisku słynną prokurator Wiesławę Bardonową, która gdyby żyła, miałaby niezłą frajdę.

Bezkarność

W latach 80. prokurator Bardonowa była naczelnikiem wydziału śledczego prokuratury wojewódzkiej w Warszawie. Internowany Jan Krzysztof Kelus napisał w 1982 roku balladę: „W więzieniu zasłyszana opowieść prawdziwa o ponownym ocaleniu Narożniaka Jana z rąk prokurator Bardonowej”.

Chodziło oczywiście o uprowadzenie w czerwcu 1982 z warszawskiego szpitala przez Międzyzakładowy Robotniczy Komitet „Solidarności” w Warszawie postrzelonego w centrum miasta przez patrol ZOMO, następnie aresztowanego, Jana Narożnika. Prokurator Bardonowa ma bogatszy życiorys niż tylko działalność w stanie wojennym. Od lat 60. ubiegłego wieku przez kolejne trzy dekady specjalizowała się w pokazowych procesach politycznych; niemal każdy w miarę znany I groźny dla PRL opozycjonista miał okazję zetknąć się nią bezpośrednio lub przynajmniej o niej słyszał.

W III RP pani prokurator Bardonowej nikt nie ścigał i nie karał, ani nawet niczego nie wypomniał. W roku 1990 dyskretnie odeszła na nienajgorszą emeryturę, po cichu zmarła w styczniu 2016 roku w Warszawie.

Antoni Pikul

Sięgnijmy do biogramu Antoniego Pikula w internetowej Encyklopedii Solidarności, a więc źródła wiarygodnego. „Po 13 XII 1981 związany ze strukturami podziemnymi „S”, wydawca i kolporter „Biuletynu Informacyjnego”, wydawanego przez Komisję Koordynacyjną „S” w Jaśle, kolporter sprowadzanych z Krakowa i Warszawy wydawnictw niezależnych.

24 VIII-21 XI 1982 zatrzymany i osadzony w areszcie śledczym po przeszukaniu mieszkania w Jaśle przez SB (sprawa umorzona z braku dowodów). Na tym kończy się kilkumiesięczny epizod opozycyjny pana Antoniego Pikula, dalszych prób oporu nie podejmował. Dla porządku dodajmy jeszcze, dalej za Encyklopedią Solidarności: „A. Pikul 1989-1990 członek Prezydium Komitetu Obywatelskiego w Jaśle, członek Unii Wolności”. Przypadkiem jest to ta sama Unia Wolności, w której działał Władysław Frasyniuk.

Kariera S. Piotrowicza

Kariera prokuratorska Stanisława Piotrowicza w PRL nie była zbyt imponująca, co skłania do przypuszczeń, że nie wykazywał się zbytnią gorliwością. Gdyby było inaczej ,nie zostałby w 1990 roku prokuratorem rejonowym w Krośnie. Stanisław Zając senator PiS z okręgu krośnieńskiego (zginął w katastrofie smoleńskiej) w latach 80. był adwokatem, bronił w sądach opozycjonistów, po 1989 roku udzielił rekomendacji Piotrowiczowi na to stanowisko.

Tak również twierdzi Stanisław Bentkowski, działacz PSL i minister sprawiedliwości w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. Bentkowski: „Gdy miałem podjąć decyzję o obsadzie stanowiska prokuratora rejonowego w Krośnie, to zwróciłem się z pytaniem do swojego kolegi Stanisława Zająca (…) Znaliśmy się bardzo dobrze, miałem do niego pełne zaufanie i nie ukrywam, że podejmując decyzję opierałem się na jego opinii. Gdy zapytałem Staszka Zająca, co sądzi o pomyśle powołania pana Piotrowicza na stanowisko szefa prokuratury w Krośnie, powiedział, co dobrze pamiętam:

– Tak, możesz spokojnie powołać, to jest porządny człowiek, on nam pomagał w okresie poprzednim. Dla mnie to była absolutnie wystarczająca rekomendacja”.

W 1984 roku zwierzchnicy Piotrowicza wystawili mu opinię na piśmie: „Jest pracownikiem pilnym i zdyscyplinowanym, ambitnym i wydajnym. Powierzone mu obowiązki wykonuje prawidłowo. Poczynione ustalenia wykorzystuje do wszechstronnej działalności profilaktycznej. Wiele uwagi poświęca popularyzacji prawa, zwłaszcza w środowiskach młodzieżowych”.

Rzecz jasna ta opinia bywa kolejnym argumentem wysuwanym przeciw Piotrowiczowi. Oczywiście to klasyczny problem rozumienia języka i realiów epoki oraz biurokratycznych zwyczajów. Takie sztampowe rekomendacje znajdziemy przy bardzo wielu nazwiskach. Najzwyczajniej przełożonym Piotrowicza nie chciało się pisać lub mieli kłopot z przelewaniem myśli na papier, więc korzystali z gotowych wzorów. Na uwadze mieli też sprawę dla siebie zasadniczą ― dobrze wypaść w oczach swych zwierzchników, a świetnie temu służyły nienaganne opinie o personelu, którym sami zarządzali. Dla niektórych może być zaskoczeniem, że takie same biurokratyczne zwyczaje opiniowania personelu panują w urzędach III RP, nadal mając się dobrze.

Ale opozycja podkreśla, jest jeszcze jeden problem – brązowego krzyża zasługi, który otrzymał Piotrowicz. Wyjaśnijmy, że to znów niezrozumienie tamtej epoki i komunistycznych obyczajów. Krzyż Piotrowicza jest brązowy, a nie srebrny lub złoty, bynajmniej nie przypadkiem. Brązowe odznaczenia resortowe otrzymywał w zasadzie każdy, o ile przepracował kilka lat i nie był karany dyscyplinarnie. Niemal każdy siłowy resort miał swoje odznaczenia, więc otrzymanie krzyża, czy „medalu za obronność” w wersji brązowej, nie oznaczało właściwie nic. A żeby było zabawniej, ten zwyczaj pozostał do dziś.

Społeczna inżynieria opozycji

Do tej pory zajmowaliśmy się argumentami wysuwanymi przeciw Piotrowiczowi, które okazują się niespecjalne poważne. Zajmijmy się relacjami jego domniemanych ofiar.

Antoni Pikul nie ma zbyt wiele do powiedzenia o Piotrowiczu, widział się z nim raz w życiu 34 lata temu, kiedy wraz z adwokatem Stanisławem Zającem odwiedził go w więzieniu. Adwokat Stanisław Zając poradził mu, aby wycofał przyznanie się do winy. Pikul nie umie wymienić innych niegodziwości Piotrowicza, poza tym, że sporządził akt oskarżenia, ale — jak przyznaje — nie było go na sali sądowej podczas procesu, kiedy jego sprawę umorzono z braku dowodów.

Dodajmy akt oskarżenia, który sporządził Piotrowicz był tak słaby I nierokujący nadziei na wyrok odsiadki, że decyzją jego przełożonych do sądu trafił inny, poprawiony I napisany przez fachowca — wojskowego prokuratora. Ale i ten akt oskarżenia okazał się niewystarczający. W konsekwencji Antoni Pikul niespodziewanie wyszedł na wolność.

Zofia Jankowska, działaczka krośnieńskiej „Solidarności”, represjonowana przez SB, w 1982 roku złapana wraz z braćmi na kolportażu podziemnych ulotek. „Nosiłam ulotki, pomagałam związkowi jak mogłam. Nie tylko ja, także moi bracia (…) Byliśmy za to inwigilowani i prześladowani przez SB. Wreszcie ktoś mnie podkablował, zostałam namierzona. Rewizja w domu, przeszukanie i straszna presja, potworne groźby. Mówili, że ja już idę do więzienia, mąż tak samo, podobnie moja mama, a dzieci do domu dziecka.(…) Żeby ratować innych wzięłam winę na siebie. Sytuacja wydawała się beznadziejna. Na szczęście dla mnie sprawa trafiła do prokuratora Stanisława Piotrowicza. Powiedział mi już podczas pierwszej rozmowy, że zrobi wszystko, by mnie uratować (…) Robił wszystko, by nie było dowodów, podpowiadał, co mam mówić, żeby on mógł sprawę umorzyć. I tak się stało, mimo iż esbecy byli bardzo brutalni, pewni siebie i mojego skazania. Sprawa została jednak przez prokuratora Piotrowicza umorzona, a ja nie trafiłam do więzienia, nie straciłam dzieci”.

Jak z tego widać obraz wyłania się zupełnie inny niż utrzymuje opozycja i trudno Piotrowicza nazwać „prokuratorem stanu wojennego”, chyba że w orwellowskim świecie, gdzie prawda materialna zupełnie nie ma znaczenia, a nagonka jest sposobem inżynierii społecznej.

Przypomnijmy, że Stanisław Piotrowicz nie był jedynym prokuratorem ani jedynym członkiem PZPR, który po 1990 roku zasiadał w parlamencie lub pełnił wysokie państwowe funkcje. Można tu wymienić Andrzeja Milczanowskiego (w latach 1962-1968 prokuratora w Szczecinie), który w 1990 został szefem UOP lub Zbigniewa Wassermanna (w latach 70. i 80. prokuratora w Krakowie), który w 1993 został mianowany szefem krakowskiej Prokuratury Apelacyjnej.

Powody ataku na Piotrowicza

Co było prawdziwym powodem ataku na Piotrowicza i z czego wynika „solidarnościowe wzmożenie” opozycji, która przecież już na początku lat 90. postawiła krzyżyk na NSZZ Solidarność?

Jak się wydaje, chodzić może o dwie sprawy. Poseł Piotrowicz okazał się bardzo sprawnym przeciwnikiem prezesa Trybunału Konstytucyjnego prof. Andrzeja Rzeplińskiego. Drugi powód to brak programu politycznego opozycji (co krytykuje nawet Donald Tusk) i jej problemy z tożsamością. Opozycja nie wie, czy ma być lewicą, a może prawicą, ugrupowaniem solidarnościowym, czy może postkomunistyczno-liberalnym, solidaryzować się z ofiarami stanu wojennego, czy ubekami, bohaterami, czy agentami SB.

Nagonka na Piotrowicza wykonana została w starym i sprawdzonym stylu. Kiedy w stanie wojennym pokazywano wieczorem smutną twarz człowieka powszechnie znanego, lub nawet opozycjonisty, chwalącego porządki zaprowadzone przez WRON, to wiadomo było, że wcześniej musiała do niego przyjechać telewizja. Jak TVN do mieszkającego w Jaśle Antoniego Pikula. Czy to czysty przypadek, że założycielem TVN był Mariusz Walter, w latach 70 dyrektor w TVP, do której powrócił w drugiej połowie lat 80. rekomendowany przez Urbana?

Braterstwo ofiar z katami

W latach 80. należałem do tych, którzy uważali, że ostatnim momentem w którym wypadło odejść z obozu władzy był wybuch Solidarności. Ta opina wydawała się całkiem rozsądna i wyważona. Nie potępiała nikogo w czambuł i automatycznie, bo ludzkie losy mogły się rożnie układać.

Pamiętam spotkanie w 1986 roku na warszawskiej Ochocie z Jackiem Kuroniem w gronie kilkunastu osób z opozycyjnego środowiska dziennikarskiego. Kuroń mówił, że zgłosił się do niego przedstawiciel władz, aby rozpocząć sondażowe rozmowy na temat porozumienia i jest po kilku spotkaniach. Niestety nie może zdradzić tożsamości swego rozmówcy ani szczegółów rozmów. Okazuje się, że mógł, ale nie chciał.

Dopiero po latach wyjaśniło się, że tym tajemniczym rozmówcą był pułkownik SB Jan Lesiak, z którym Kuroń spotkał się w latach 1985-89 kilkadziesiąt razy, a który przez lata prowadził sprawę operacyjnego rozpracowania przeciwko Kuroniowi. Trudno było sobie wtedy wyobrazić, że już wkrótce rozpoczęło się oficjalne bratanie części opozycji z ludźmi komunistycznego reżimu, a później to bratanie ulegnie pogłębieniu z wzajemną wymianą usług.

autor: Waldemar Maszenda

źródło: gazeta Obywatelska

Od czasu, kiedy wielu znanych opozycjonistów okrzyknęło Kiszczaka i Jaruzelskiego bohaterami i ludźmi honoru, kryteria dotyczące stanu wojennego są już inne, dziś bardziej liczy się zachowanie tu i teraz.

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ