20.3 C
Wrocław
Natalia Arnal o stłuczce z kolumną Komorowskiego: “PO była kompletnie głucha na...

Natalia Arnal o stłuczce z kolumną Komorowskiego: “PO była kompletnie głucha na moje wołanie o pomoc”

Nikt z Platformy Obywatelskiej nie okazał najmniejszego zainteresowania. Było to na zasadzie „ratuj się jak możesz, próbuj, my umywamy rączki”

— mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl piosenkarka Natalia Arnal, która 10 grudnia w 2014 roku miała stłuczkę z kolumną pojazdów, którą poruszał się ówczesny prezydent Bronisław Komorowski.

wPolityce.pl: Grzegorz Schetyna mówił w czwartek w RMF FM zapewniał, że państwo nie musiało Pani wspierać na ścieżce sądowej ponieważ „państwo broniło się samo”, a nie tak jak dzisiaj. Czy Pani walcząc o sprawiedliwość w sądzie czuła się, że żyje w państwie praworządnym?

Natalia Arnal: Słyszałam wypowiedź pana Grzegorza Schetyny i może rzeczywiście państwo broniło się samo, ale nie broniło z pewnością swoich obywateli, którzy byli w realnej potrzebie. Zrobiono ze mnie kozła ofiarnego, ponieważ starłam się z Biurem Ochrony Rządy i z limuzyną prezydenta. Samotna kobieta z dzieckiem musiała zmagać się z BOR-em, prezydentem i policją. Byłam bardzo zbulwersowana ponieważ czułam się poszkodowana, a to mnie obarczano całą winą. Na szczęście do walki w sądzie przekonał mnie świadek całego wydarzenia, który jechał za mną i sam był zbulwersowany zachowaniem pojazdów BOR. Był to Jerzy Ernst, który również w związku z tą sytuacją wiele przeszedł. Okazał się wspaniałym człowiekiem, który zdecydował mi się pomóc i przekonał mnie, że powinniśmy walczyć o sprawiedliwość. To jak zachowali się kierowcy BOR-u było dla mnie karkołomne. Jechali bardzo szybko, złamali kilka przepisów ruchu drogowego, poruszali się nieoznakowaną kolumną pojazdów. Nie używali żadnych sygnalizacji, ani dźwiękowych, ani świetlnych. Wydawało mi się, że jest to jakiś pościg, a nie kolumna prezydencka. Zajechali mi drogę, wymusili pierwszeństwo, paradoksem jest to, że znalazłam się w środku kolumny przez co prezydent nie był w rzeczywistości w pełni chroniony. Później próbowano obarczyć mnie winą. Policja zrobiła wszystko, abym stanęła przed sądem jako oskarżona. To była dla mnie paranoja.

Jak wyglądało śledztwo?

Na początku mieliśmy utrudniony dostęp do dokumentów, które były w rękach policji. Mogliśmy się z nimi zapoznać dopiero, kiedy sprawa trafiła do sądu. Zarówno ja i funkcjonariusze Biura Ochrony Rządy byliśmy przesłuchiwaniu. Robili oni jednak wszystko, aby uniknąć kary i zmyć z siebie winę. Dla nich poczucie prędkości ma inny wymiar. Jeżeli jechali 60 km/h, a mówią, że jechali 20 km/h, to jest to niewiarygodne.

Oprócz ograniczonego dostępu do dokumentów, były jakieś inne przeszkody, z którymi spotkała się Pani podczas śledztwa?

Na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Wydaje mi się, że władza właśnie liczy, że takie osoby jak ja się wycofają, że się przestraszą. Pierwszym pytaniem jakie zadałam funkcjonariuszom BOR, było to „czemu nie jeżdżą oznakowani, na jakichkolwiek światłach?”. Później się dowiedziałam w Belwederze, że Bronisław Komorowski nie lubił jeździć „na światłach”.

Pisała pani list do pani prezydentowej Anny Komorowskiej. Doczekała się Pani odpowiedzi?

Tak, napisałam do pani prezydentowej list po wypadku, który jednak odbił się od ściany. Zadzwoniła do mnie jedynie pani z gabinetu pani prezydentowej, która zapewniała, że odpowiedź z pewnością otrzymam. W wyniku braku odpowiedzi napisałam otwarty list do ówczesnego prezydenta Bronisława Komorowskiego i również nie dostałam żadnej odpowiedzi.

A jak zachowywali się posłowie Platformy Obywatelskiej? Zgłosili się do Pani z pomocą?

Platforma Obywatelska była kompletnie głucha na moje wołanie o pomoc. Próbowaliśmy się skontaktować z kilkoma osobami z ówczesnej władzy, ale nasze prośby przeszły jednak bez żadnego echa. Nikt z posłów PO nie był zainteresowany kontaktem ze mną.

Nikt się z Panią nie kontaktował?

Nie. Jerzy Ernst próbował z kimś porozmawiać, ale nic mu się w tej sprawie nie udało wskórać. Zostałam absolutnie sama z tą sprawą. Pomoc zaoferował mi Bartosz Kownacki, który wtedy był jeszcze posłem i pomagał mi jako prawnik do momentu, kiedy został wiceministrem. Nie zostawiono mnie jednak na lodzie, dostałam bardzo dobrego prawnika. Nikt z Platformy Obywatelskiej nie okazał najmniejszego zainteresowania. Było to na zasadzie „ratuj się jak możesz, próbuj, my umywamy rączki”.

Media nie reagowały? Nie stanęły po Pani stronie?

Media zachowywały się wtedy inaczej niż dzisiaj. Nie było takiego szumu, który widzimy przy okazji wypadku pani premier Beaty Szydło. Nie było żadnej nagonki. Miałam wrażenie, że próbowano zamieść wszystko pod dywan.

Czy ze strony władzy wyszedł ktoś z propozycją wynajęcia adwokata dla Pani?

Absolutnie nie. Dlatego obecnie takie zachowania są dla mnie zabawne i widzę, że jest to jedynie gra o własny partyjny interes. Współczuje temu chłopakowi z seicento. Jest to z pewnością traumatyczne wydarzenie i wiem przez co musi przechodzić. Dowiedziałam się, że pani premier napisała do niego list, co uznaję za gest, którego ja nie otrzymałam od poprzedniej ekipy rządzącej, a na który bardzo liczyłam.

Czy po wypadku, ktoś z ówczesnych władz zainteresował się zdrowiem Pani i pani syna?

Nie. Miałam wrażenie jakby tamtej władzy w ogóle nie było. Tak jakby obywatel mógł dla nich w ogóle nie istnieć. Myślę, że ówczesną władzę zgubiła właśnie ta zbytnia pewnością siebie. Nie otrzymałam żadnej pomocy. To teraz tak się pięknie mówi, że wychodzi się do obywateli, ale intencją jest jedynie uderzenie w obecną władzę. Platforma Obywatelska nigdy nie była taka, jaką dzisiaj próbuję grać, ale ludzie ponoć się zmieniają…

Czy po tym jak została Pani uniewinniona, ktoś Panią przeprosił?

Absolutnie nie. Władza nie miała w sobie takie odruchu, aby kogoś przepraszać. Próbowano robić wszystko, aby Biuro Ochrony Rządu wyszło jak najczystsze z tej sytuacji. Sprawa, którą wygraliśmy w I Instancji trafiła do II Instancji, a ta cofnęła ją z powrotem, powołując się na zapis z monitoringu, z którym ponoć sędzia się nie zapoznała. Nie było to jednak możliwe. Nawet sam oskarżyciel zastanawiał się o jaki monitoring chodzi. Nie zostało nam to jednak wyjaśnione.

Trwa zbiórka na nowy samochód dla Sebastiana K. Miało być 5 tys. zł, a jest blisko 90 tys.

To niesamowite. Odbieram to trochę jako kolejny atak na obecną władzę. Taki manifest, który pokazuje, że ludzie się z nią nie zgadzają i robią na przekór jej wpłacając te pieniądze.

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ