Ewa Błasik: że przyczyny katastrofy są ”arcyboleśnie proste”, a poprzednia władza bratając się z Rosjanami osiągnęła sukces

smolensk.jpg

Wiem że anonimowość i bezkarność tych, którzy tworzą i później kolportują kłamstwa czasem wręcz zachęca do poniżania i oczerniania innych dla osiągnięcia jakiegoś swojego celu

— mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl Ewa Błasik, żona śp. gen. Andrzeja Błasika, dowódcy Sił Powietrznych, który zginął w katastrofie smoleńskiej.

wPolityce.pl: Za nami kolejna rocznica katastrofy smoleńskiej. Mijający czas przynosi wiele zdarzeń – odsłania kulisy, demaskuje kłamstwa, ale wiele pytań pozostaje wciąż bez odpowiedzi. Jak Pani uważa, czy to dobrze, że tak długo żyjemy tamtymi tragicznymi wydarzeniami?

Ewa Błasik: Panie redaktorze, na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi. Niedobrze, bo chcielibyśmy żyć w spokoju – choć ból i brak najbliższych, których straciliśmy w tamten sobotni poranek jest ciągle porażający. Ale najważniejsza jest prawda i ja nie spocznę, dopóki nie zostaną wyjaśnione fundamentalne kwestie, które zawsze pojawiają się, gdy giną ludzie. Zatem bardzo dobrze, że ta – nieporównywalna z żadną inną w świecie i w dziejach katastrofa jest nadal badana. Tak naprawdę dopiero badana z należytą starannością, bezstronnością i właściwym zaangażowaniem odpowiednich sił oraz środków. Nie zdarzyło się nigdy wcześniej, żeby w jednym momencie jakieś państwo zostało pozbawione prezydenta, generałów – dowódców wszystkich rodzajów wojsk, parlamentarzystów, tak jak to miało miejsce 10 kwietnia 2010 roku.

Badanie takiej katastrofy musi być czasochłonne, jednak poprzednia władza bardzo szybko chciała podsumować ją swoimi naciąganymi wnioskami.

Z pewnością. Pod rządami PO byliśmy świadkami próby działania mającego na celu jak najszybsze – używając kolokwializmu – pozamiatanie. Usłyszeliśmy o wytężonej pracymedyków przy sekcjach zwłok, o starannym zabezpieczeniu szczątków samolotu i mieliśmy uwierzyć, że „państwo zdało egzamin” i , że przyczyny katastrofy są ”arcyboleśnie proste”, a władza bratając się z Rosjanami osiągnęła sukces. Tymczasem to wszystko było jedną, wielką mistyfikacją, którą możemy bez cienia przesady nazywać „kłamstwem smoleńskim”.

W pewnym sensie nasuwają się tutaj podobieństwa ze zbrodnią katyńską, której istotnym elementem było kłamstwo.

Nie tylko było, ale nadal jest. Przed kilkunastoma dniami w mediach pojawiła się informacja o kolportowanych w Rosji „rewelacjach naukowych” jakoby odnaleziono dowody na odpowiedzialność Niemców za ten okrutny mord dokonany na polskich oficerach. Kłamstwo ma się dobrze. A czy inaczej traktowana jest prawda o katastrofie smoleńskiej? Najpierw przedstawiono kłamstwa, oczerniono ofiary – pośród nich szczególnie mojego męża- a dziś, gdy niecne zamiary, oszczerstwa i prymitywne kłamstwa rządowych ekspertów, wynajętych przez wojskową prokuraturę zostały obnażone, to pan Radosław Sikorski wraz ze swoją małżonką, w Polsce i za oceanem, wciąż rozpaczliwie powtarzają noszące znamiona przestępstw -„rewelacje”. No cóż, tonący brzytwy się chwyta…..

Radosław Sikorski powiedział przed sądem, że jako szef MSZ nie zajmował się organizacją wizyt w Smoleńsku, a ta 10 kwietnia nie była ani państwowa, ani oficjalna. Jak Pani komentuje te słowa?

Wizyta organizowana przez Kancelarię Prezydenta, na potrzeby której Kancelaria Premiera zadys-ponowała samolot wojskowy nie jest wizytą państwową? Nieoficjalnie, to generałowie – dowódcy rodzajów sił zbrojnych wystąpiliby w garniturach. Ten lot już z wojskowego, na potrzeby rosyjskie-go postępowania, określono cywilnym. Teraz wizyta oficjalna traktowana jest przez byłego ministra (!) jako prywatna pielgrzymka… Smutne, żenujące, ale nie jestem zaskoczona. Wiem że anonimo-wość i bezkarność tych, którzy tworzą i później kolportują kłamstwa czasem wręcz zachęca do po-niżania i oczerniania innych dla osiągnięcia jakiegoś swojego celu. Nazwisko mojego męża i moje nazwisko jest dobrze znane wszystkim, znalazło się na czołówkach gazet. Nie znajdziemy tam jed-nak nazwisk „ekspertów”, którzy tak dobrze znali głos męża, że rozpoznali go w słowach wypo-wiadanych na przykład przez drugiego pilota załogi Tu- 154M. Nadszedł czas, aby tych kłamców rozpoznawać z imienia i nazwiska.

SKW ujawniła film sprzed wylotu do Smoleńska. Nie ma na nim żadnej kłótni Pani męża z mjr. Protasiukiem. A przecież taką narracją karmiono nas przez kilka lat…

Kłamstw opublikowanych w gazecie i powtórzonych w telewizji i na portalach internetowych redakcje nigdy nie odwołały, choć od razu zostały zdemaskowane. Nie było opisywanego nagrania, nikt się nie przyznał, że jest „bohaterem” newsa jako świadek wyimaginowanej kłótni. Ale raz opublikowane kłamstwo pozostawia po sobie ślad – wiedzą to spece od manipulacji i propagandy. Mnie ten wyjęty z ukrycia film nie jest potrzebny, bo znam swojego męża. O kłótni z kapitanem samolotu nie mogło być mowy. A z drugiej strony- trzeba nie znać porządku panującego w wojsku, żeby wyobrazić sobie majora kłócącego się z generałem, najwyższym dowódcą. Pośrednio oczerniono zatem także majora Protasiuka, sugerując jego butę i niesubordynację. Brak szacunku nie tylko dla zmarłych, ale także dla munduru oficerskiego. To bardzo przykre.

To było celowe działanie?

Rozstrzygnięcie tego nie należy do nas. Ale mam nadzieję, że prokuratura kiedyś ujawni tych, którzy taką krzywdę wyrządzili mnie, naszym dzieciom… i wszystkim, dla których prawda jest wartością. W tym miejscu pragnę podziękować za wsparcie, które otrzymuję od wielu, często nieznanych mi osób. Za dobre słowo, za modlitwę – jesteśmy bardzo wdzięczni.

Czy w umiędzynarodowieniu śledztwa widzi Pani szansę na dojście do prawdy?

Tak naprawdę, to w umiędzynarodowieniu badań nie ma nic nadzwyczajnego. Dla mnie oczywistym jest, że do wyjaśnienia takiej katastrofy jak ta, która pochłonęła życie elity państwa trzeba zaangażować wszystkie dostępne środki. Także te, które oferują zagraniczni specjaliści. Ogromną pracę wykonali już eksperci z zespołu kierowanego przez ministra Antoniego Macierewicza, tworzący obecnie komisję pod kierunkiem dr. Wacława Berczyńskiego. Mam nadzieję, że dzięki pracy ekspertów w najbardziej renomowanych laboratoriach sukcesywnie będziemy zbliżać się do prawdy. Szkoda, że musiało upłynąć tyle lat, że musieliśmy czekać na zmianę władzy, aby oczywiste rzeczy stały się oczywiste. Mam nadzieję, że nie będziemy już zmuszeni upominać się o prawdę, że będziemy mogli wreszcie pochylić się nad ty, co nasi bliscy osiągnęli w życiu, co pozostawili nam po sobie, czego dokonali służąc Polsce.

Ale ustalenia komisji dr. Berczyńskiego są dla Pani przekonujące, ma Pani poczucie, że przybliżamy się do prawdy o przyczynach tej strasznej tragedii?

Przede wszystkim jestem świadkiem wytężonej pracy, wielu prób i doświadczeń z zakresu fizyki, chemii, innych szczegółowych dziedzin nauki. Wyniki tych prac są przekonujące, bo mam zaufanie do tych, którzy je wykonują. A czy są właściwie interpretowane – o tym niech decydują naukowcy; każdy może stanąć i dokonać weryfikacji. Skala prowadzonych obecnie badań jest ogromna, jestem przekonana, że zbliżają nas do prawdy.

Wierzy Pani w to, że dojdzie do debaty między ludźmi, którzy tworzyli raport Millera a członkami podkomisji smoleńskiej, którą zaproponował minister Macierewicz. Ona ma w ogóle sens?

Każda debata ma sens pod warunkiem, że jest merytoryczna. Co do merytoryczności „badań” pro-wadzonych bezpośrednio po katastrofie przez komisję rządową mam swoje zdanie. Chętnie je zmienię, gdy zobaczę, że uczyniono wtedy cokolwiek. Choćby ułamek tego, co pokazała obecnie działająca komisja. Ale nie spodziewam się takiej debaty, bo eksperymentów wtedy nie przeprowa-dzono, modelu tupolewa nie zbudowano, tunelu aerodynamicznego nie wykorzystano…

7 lat temu wojsko odwróciło się od Pani. Nie wspierał Panią ani minister obrony, ani zwierzchnik sił zbrojnych. Obaj pozwolili na to, by mundur żołnierza polskiego był hańbiony. To się dziś zmieniło?

Tak, to prawda. Sama stanęłam w jego obronie wobec próby uczynienia mojego męża – dowódcy Sił Powietrznych Rzeczypospolitej – winnym katastrofy. Ze strony ówczesnego ministra obrony i zwierzchnika sił zbrojnych nie otrzymałam żadnego wsparcia. Także niektórzy wojskowi przyczynili się do rozpowszechniania kłamstw, nie przeciwdziałając hańbieniu munduru polskiego generała. Inni na wszelki wypadek posłusznie milczeli. Na szczęście nie wszyscy. Tym nielicznym – prawdziwym przyjaciołom – chcę jeszcze raz powiedzieć: dziękuję. Kiedyś poznamy prawdę o katastrofie, ale już teraz niech będą dla nas przykładem poświęcenia w służbie Ojczyźnie Ci, których dziś wspominamy – musieliśmy pożegnać się 10 kwietnia 2010 roku… Tak bardzo Was dziś brakuje.

Rozmawiał Piotr Czartoryski-Sziler

wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ