„Chcesz french fries”? Zapytałem mojego amerykańskiego przyjaciela podczas jednego z wypadów na burgera. „To nie french fries. Mów freedom fries”- odpowiedział. Nie wiem dlaczego frytki po amerykańsku brzmią french fries, ale od 2003 roku to fastfoodowe zabójstwo dostało inną nazwę. Wszystko zaczęło się od sprzeciwu Francji wobec amerykańskiej interwencji w Iraku w 2003 roku. Wówczas przewodniczący Committee on House Administration Bob Ney zmienił menu w kawiarniach w Kongresie. French fries zmieniły się na freedom fries. Do dziś wielu wyborców Partii Republikańskiej, szczególnie entuzjaści Donalda Trumpa, używają nowej nazwy frytek.
Infantylne? Trochę tak, ale pokazuje jankeskiego ducha, który nie pozwala przejść obojętnie obok obrazy ze strony innych krajów. Wyobrażacie sobie jakby zareagowali Amerykanie, gdyby kandydat na prezydenta Francji tak mocno skrytykował USA, jak zrobił to Emmanuel Macron wobec Polski?
Przypomnijmy, że Macron w wywiadzie dla dziennika „Voix du Nord” powiedział, że jeśli zostanie prezydentem, opowie się za sankcjami Unii Europejskiej wobec Polski, która jego zdaniem „naruszyła wszystkie zasady Unii”. Nie chodzi nawet o kwestię Trybunału Konstytucyjnego czy innych zarzutów, jakie pojawiały się wobec Polski ze strony unijnych biurokratów. Chodzi o…przeniesienie miejsc pracy z Francji do Polski. Macron udzielił wywiadu po spotkaniu ze strajkującymi pracownikami zakładów Whirlpool w Amiens. Zakłady zostaną zamknięte ze względu na przeniesienie produkcji do Łodzi. Macron jednoznacznie wszedł w buty populistki Marie Le Pen, która ma poparcie wśród sfrustrowanych robotników. Znakomicie całą otoczkę wypowiedzi Macrona opisała Ola Rybińska. Odsyłam do jej tekstu.
Po nacjonalistycznej ( czym innym jest ochrona własnego rynku przed konkurencyjnością?) wypowiedzi eklektycznego ideologicznie polityka w pewnych kręgach nad Wisłą zapanowała euforia. Niektórzy skretyniali, ale niestety wciąż opiniotwórczy dziennikarze bili brawo Francuzowi, „któremu trudno odmówić racji”. Prym wiódł oczywiście żenująco infantylny Tomasz Lis, który wciąż nie wiedzieć czemu uchodzi za poważnego publicystę, choć nadaje się najwyżej na telewizyjnego prezentera. Takiego z pluszem w oczach.
Lis i spółka mieszkając w USA w 2003 roku pewnie nie tylko broniliby francuskiej nazwy frytek, ale dodaliby słowo french przed pizzą, kebabem i stekiem. Nawet tam są tacy co palą amerykańską flagę, choć stanowią margines społeczeństwa. U nas margines ma swoje tradycje i jest o wiele większy. Nie chodzi jednak o same uwielbienie poparcia każdego, kto wymierzy działa w znienawidzonego Jarosława Kaczyńskiego. Gra idzie o wmówienie Polakom, że PiS chce nas wyprowadzić z Unii, co jest ewidentną bzdurą.
Polska jest krajem, który nie ma żadnej liczącej się, czy nawet mierzalnej, siły politycznej domagającej się wyjścia z Unii. Natomiast we Francji 40 proc. głosów to głosy antyeuropejskie; w Wielkiej Brytanii – 50 proc.; w Holandii, Austrii i we Włoszech to kilkadziesiąt procent. Polska na pewno będzie bronić Unii Europejskiej, ale Unia musi być fair.
zauważył w TVP Info Jacek Saryusz-Wolski. Wybitny polityk europejskiego formatu, który z dnia na dzień przeobraził się w liberalnych mediach z autorytetu w oszołoma zauważył przytomnie, że sami Polacy błogosławili procedurę sankcyjną.
Nie pierwszy raz takie rzeczy od polityków francuskich słyszymy. Ale czego wymagać od polityków z Francji, jeśli Polacy, polscy politycy, tacy jak Donald Tusk, też błogosławili procedurę sankcyjną wobec Polski.
powiedział były prominentny polityk Platformy Obywatelskiej.
Trafił w sedno problemu. Problemem nie jest to, że w niepewnej sytuacji Unii spod spadających politpoprawnych masek widać prawdziwe twarze władców Unii. Problemem jest to, że Polacy sami pozwalają na traktowanie swojego kraju w taki sposób. Nawet jeżeli plastikowy twór lewicowo-liberalnych salonów, jakim jest Macron ma cojones by otwarcie grozić Polsce, to by się powstrzymał wiedząc, że wzbudzi patriotyczny gniew wszystkich Polaków.
Nad Wisłą opinie społeczną kreuje wielu takich, którzy boją się populistycznych haseł kandydata (sic!) na prezydenta. No bo przecież przysłowiowe „co o nas w Paryżu pomyślą?” paraliżuje zakompleksionych „Polaków-cebulaków”, przebranych w drogie garnitury. Jak widać wiele się musi zmienić, by nie zmieniło się nic. Żałosne.
źródło: wpolityce.pl
















