Prof. Kik: „Platforma tak pragnie sukcesu, że fakt, iż ktoś w ogóle pojawił się na Placu Bankowym, uznany został za zwycięstwo”

fot. youtube.com

Wybory samorządowe będą politycznym papierkiem lakmusowym. Pytanie brzmi, czy wspólna lista w wyborach samorządowych da oczekiwaną premię. Wszystko jednak zależy od tego, czy Ryszard Petru skończy się jako lider a notowania .Nowoczesnej spadną poniżej progu wyborczego. To bardzo możliwe. Szczególnie, że przed wyborami samorządowymi Ryszard Petru nie ma ani pieniędzy, ani struktur.

— mówi w rozmowie z wPolityce.pl Kazimierz Kik, politolog, doktor habilitowany nauk humanistycznych.

wPolityce.pl: Grzegorz Schetyna wzywał na marszu do jedności opozycji. Mowa była o wspólnych listach wyborczych i ofensywie opozycji. Tymczasem na jedność w tym obozie nie ma już chyba co liczyć po deklaracjach polityków .Nowoczesnej i Polskiego Stronnictwa Ludowego.

Kik: Powstanie .Nowoczesnej było reakcją na kompromitację Platformy Obywatelskiej i stanowiła alternatywę dla PO. Stąd tak duże podobieństwo elektoratów obu partii. Z czasem jednak pamięć o kompromitacji PO, wśród tego elektoratu mogła zaniknąć. Zwłaszcza, że okazało się, iż Ryszard Petru nie jest liderem na miarę oczekiwań. Było przecież takie oczekiwanie, że oto pojawił się lider i alternatywa dla PO. W tym pojedynku między Petru a Schetyną, okazało się, że nie wygrał Schetyna, ale przegrał Petru. Ta przegrana nie jest więc jednoznacznym zwycięstwem Grzegorza Schetyny. Wybory za rok i wszystko zależy od tego, na ile zblaknie gwiazda Petru i czy zblaknie na tyle, by pamięć o blamażu PO sprzed wyborów z 2015 roku zaniknie. Jeśli .Nowoczesna pozostanie bez lidera i z dramatycznie spadającymi notowaniami, to resztka .Nowoczesnej pójdzie na wspólną listę wyborczą z PO. Nie będzie miała wyjścia. Nie musi to jednak oznaczać bezpośredniego zjednoczenia obu partii. Wybory samorządowe będą politycznym papierkiem lakmusowym. Pytanie brzmi, czy wspólna lista w wyborach samorządowych da oczekiwaną premię. Jeśli tak to do wyborów parlamentarnych, obie partie znajdą się na jednej liście. Wszystko jednak zależy od tego, czy Ryszard Petru skończy się jako lider, a notowania .Nowoczesnej spadną poniżej progu. To bardzo możliwe. Szczególnie, że przed wyborami samorządowymi, Ryszard Petru nie ma ani pieniędzy, ani struktur.

A gdzie w tej układance znajduje się miejsce Polskiego Stronnictwa Ludowego?

PSL jest jednak partią mocno osadzoną w terenie. Posiada swoje struktury regionalne i w wielu regionach sprawuje władzę. Jeśli chodzi o wspólne listy to ważna jest kwestia, określająca układ sił w ramach ewentualnej koalicji opozycyjnej. PSL różni się od PO konserwatyzmem. PSL jest w kontekście ideowym jest bliższe Prawu i Sprawiedliwości niż Platformie Obywatelskiej.

Ciężko w takim razie mówić o realnym zjednoczeniu.

PSL może zagonić na wspólne listy antypeeselowska polityka Prawa i Sprawiedliwości. Prawo i Sprawiedliwość próbuje zwiększyć swoje aktywa poprzez wyeliminowanie wpływów PSL w terenie. Jeśli będzie to kontynuowane i PiS na prowincji będzie dezawuowało PSL, to może to skłonić PSL do równania szeregów. To może się jednak zmienić, gdyż postawa PSL związana jest bezpośrednio z działaniami PiS wobec ludowców. Mowa jest o liderach PSL, a nie o mocnym aktywie średnim. Ten aktyw, gdy poczuje, że ochrona jego interesu wymaga współpracy z PO, to wymusi na liderach taką współpracę.

A lewica?

Tu jest problem. PO ma w swoich szeregach Borowskiego, Arłukowicza i w pewnym sensie Cimoszewicza. Tylko co to za lewica? Oni nie są akceptowani nawet przez Sojusz Lewicy Demokratycznej, a już nie mówić o „Razem”. PO może próbować budowania jakiejś swojej niszy lewicowej, ale nie zanosi się na to, by dzisiejsze kierownictwo SLD oddało się proponowanym przez PO „lewicowym” liderom. SLD ma szansę wybić się na niepodległość i myśleć o odebraniu części elektoratu, ale to raczej niemożliwe. Lewica jest bowiem skłócona i rozbita, nie ma na swoim czele wybitnych postaci. Jeśli nawet popatrzymy na Barbarę Nowacką to nie jest ona człowiekiem lewicy, ale ruchów miejskich, które są bardziej liberalne.

Może właśnie cała nadzieja dla lewicy w tych ruchach?

Nie sądzę. W Polsce istnieje pomieszanie pojęć. Pod pojęciem lewicy traktowano do tej pory partie władzy i lewice światopoglądową. Utożsamiano więc lewicę z feministkami, z zielonymi i z różnego rodzaju gender. To nieprawda. Lewica jest tylko jedna, czyli socjalna. Tymczasem elektorat socjalny poszedł do Prawa i Sprawiedliwości. W związku z tym, to co określamy dzisiaj mianem lewicy, to resztki dawnej partii postkomunistycznej, partii władzy i do tego zliberalizowanej. Musimy pamiętać o tym, że po 1989 roku, lewica postkomunistyczna była tworzona przez dawny aparat partyjny. Ten nie był komunistyczny, ani socjaldemokratyczny, ale miał charakter pragmatyczny, czyli w istocie liberalny. Próbował więc grać na melodię lewicową, ale gdy dochodził do władzy, to aktyw pokazuje swoją prawdziwą twarz – liberalną. Można powiedzieć, że w Polsce lewica była mianowana. Późny okres PRL doprowadził do władzy pragmatyków i liberałów, którzy od 1986 roku przetaczali powoli politykę gospodarczą na tory liberalne. To byli aktywiści zarażeni liberalizmem. Reasumując, nawet gdyby PO próbowała stworzyć na lewicy własną niszę, to będzie to niewiarygodne, tak jak niewiarygodni lewicowo są Arłukowicz, Borowski, czy Cimoszewicz.

A wracając do PO i jej sobotniego marszu. Jej politycy ogłaszają wielki sukces sobotniej imprezy. Tymczasem frekwencja wcale na to nie wskazuje. Sukces na siłę?

Platforma Obywatelska tak pragnie sukcesu, że fakt iż ktoś w ogóle pojawił się na Placu Teatralnym uznany został jako zwycięstwo. Ważne, że ktokolwiek w ogóle przyszedł. Jakiś sukces osiągnięto, ściągając do Warszawy 20 – 30 tysięcy ludzi.

„Ściągnięcie” to dobre określenie w przypadku tego „spontanicznego” zrywu.

Tak, wiadomo, że uczestników zwożona autobusami i pociągami z całego kraju. Opozycja ma jakąś moc organizacyjną, ale tej mocy nie wykazuje Prawo i Sprawiedliwość. Dlaczego? Ma bowiem inny elektorat. Jest on rozsiany po małych miasteczkach i wsiach. Nie są to ludzie zamożni. Pracują od rana do wieczora. W związku z tym PiS od czasu do czasu pokazuje swój elektorat, szczególnie w trakcie uroczystości religijnych. Jak byśmy popatrzyli na święta kościelne to uczestniczyło w takich uroczystościach więcej ludzi niż w trakcie sobotniego marszu PO. Myślę, że PO ma więc pewną zdolność mobilizacyjną, ale tylko ze względu na charakter swojego elektoratu. To elektorat inteligencki, mobilny i bojowy. To odzwierciedla fakt, że elity są zawsze aktywniejsze politycznie. Tymczasem masy ma w swoim ręku Prawo i Sprawiedliwość.

I to masy wygrywają wybory, a nie rozpolitykowana elita.

Tak. W wyborach do urn idzie się w małych miasteczkach i na wsiach. Wtedy te proporcje są zupełnie inne. Marsz więc nie był sukcesem, ale oznaką aktywności politycznej PO, instrumentalizującą poparcie społeczne sporej części inteligencji.

Pytanie, czy to poparcie dla Platformy Obywatelskiej, czy bardziej dla obozu antypisowskiego. Schetyna nie cieszy się bowiem szczególną sympatią wśród dużej grupy elektoratu opozycyjnego.

To raczej obóz przeciwny PiS-owi, który jest wewnętrznie bardzo zróżnicowany. To nawet nie jest obóz, ale grupy ludzi, które kierują się bardziej emocjami, niż racjonalną kalkulacją. Ta wskazuje na potrzebę reformowania kraju. Jeśli zaś elity zaślepiają się w swojej aktywności politycznej i nie dostrzegają, że nie wszystko gra, to wolą by nie wszystko grało, niż miałaby rządzić partia, której nie lubią, a która mogłaby dostroić te instrumenty. To są postawy tylko części inteligencji, ale tej aktywnej i bojowej. PiS popełnił błędy, ustawiając przeciwko sobie dużo grup społecznych, wykazując niecierpliwość rewolucyjną w działaniach reformatorskich.

Może ta niecierpliwość wynika z faktu, że przez ostatnią dekadę nie reformowano kraju?

Rozumiem, ale niecierpliwość rewolucyjna, czyli próba szybkiego odkucia się, wskazuje na brak taktyki i umiejętności strategicznego myślenia. Ministrów jest kilkunastu, frakcji jest jeszcze więcej.

Jak w każdej partii i obozie władzy.

Każda frakcja chce osiągnąć swoją zemstę. To nie jest dobre. Demokracja to głos większości i mając to na uwadze, Prawo i Sprawiedliwość powinno reformować państwo bardziej taktycznie. Nie hurmem, ale na zasadzie strategicznych działań. Priorytety trzeba realizować stopniowo, by powiększały spektrum oddziaływania politycznego PiS, a nie blokowały się wzajemnie.

źródło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ