Jakże kapłanów potrzeba nam na co dzień, nie tylko do nawracania, ale do życia; nawet nie dla przykładu, ale dla tych rąk przenoszących Boga, co czynił Jan Paweł II. Po dwunastu latach od jego śmierci, nasila się olbrzymia tęsknota, nie tylko za papieżem, przede wszystkim za człowiekiem.
Nie było człowieka, który w jakiś sposób nie miałby z nim osobistej relacji. On nie mieścił się w postaci hierarchy kościelnego. On przenikał wszelkie struktury i formy. Robił to delikatnie i konsekwentnie. Jak wielka tęsknota za kapłanem, biskupem, który jeszcze do niedawna był, a dziś pozostaje tylko jego echo, które stempluje się metkami i sprzedaje na straganach. Szuka się sensacji i licytuje się, kto wie o nim więcej. Rozżalenie i smutek może wywołać złość, że dziś do nas przemawia się z ekranu i pozdrawia zza szyb limuzyn.
Obecność kapłana ubranego w sutannę, taką na łokciach i plecach aż świecącą od ścian konfesjonału, to obraz, który zanika. A gest, pozdrowienie, uśmiech, prozaiczne słowo potrafi przegonić największą burzę i złość na ten świat.
Jednak jak niezwykłym doświadczeniem w czasie tegorocznego Wielkiego Piątku był obraz Prymasa Francji, gdy wziął krzyż na barki i ruszył na ulice wśród zwykłych ludzi. Gdy z krzyżem stoi na przejściu dla pieszych, ponieważ jest czerwone światło. I w tej postawie można odnaleźć ducha Jana Pawła II. W jego ojczyźnie, ten duch nabrał medialnego przekazu, komunikatów i uchwał.
To nie jest krytyka a głęboka tęsknota i żal, że ta samotność się pogłębia. Człowiekowi potrzeba tej kapłańskiej ręki, tej którą można ucałować i tej POSTACI przed którą chce się klęknąć, chce się obdarzyć największym szacunkiem, nie bratania się czy przechodzenia na „ty”. Chce obdarowywać modlitwą. Jednak musi być obecność poza murami kościoła. Nie wirtualnie a w zwykłej codzienności. W serdecznym spojrzeniu i prostych słowach pozdrowienia: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
I to wszystko!
autor: Paweł Zastrzeżyński
















