Ks. prof. Bortkiewicz: “Obywatel Sowa sam określił, że bliżej mu do Platformy niż do Kościoła”. “To jest to zdrada. To sprzeniewierzenie się prawdzie”

fot. youtube.com

Moim punktem odniesienia ma być stanowisko Urzędu Nauczycielskiego Kościoła, a nie rzecznika Platformy Obywatelskiej. Mogę mieć sympatie osobiste, wynikające z choćby relacji rodzinnych, ale nie zwalnia mnie to z jasnego głoszenia prawdy. To trudne zadanie. Na pewno niewdzięczne, ale to jest zadanie prorockie Kościoła. Jeśli ulegam zatem osobistym sympatiom, emocjom, a co gorsza – układom wyraźnie skorumpowanym – to jest to zdrada. To jest takie sprzeniewierzenie się prawdzie, które prowadzi do samozniszczenia i samozagłady

—mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl ks. prof. Paweł Bortkiewicz.

wPolityce.pl: Jak przyjął ksiądz profesor ujawnione przez TVP nagranie z restauracji Sowa & Przyjaciele ze spotkania ks. Kazimierza Sowy z Kazimierzem Karpińskim, gen. Marianem Janickim, Pawłem Grasiem i Jerzym Mazgajem. Jakie są granice zaangażowania w politykę osoby duchownej?

Ks. prof. Paweł Bortkiewicz: Ujawnienie tych nagrań jest w pewnym sensie szokiem, bo narusza w sposób radykalny granice zaangażowania duchownych w politykę. „W pewnym sensie” zaś, gdyż bohater całej dzisiaj ujawnionej afery sugerował niejednokrotnie, że on te granice przekracza. Zdaję sobie rzecz jasna sprawę, że niejeden odbiorca tego komentarza może zarzucić wielu duchownym, w tym i mówiącemu te słowa zaangażowania w politykę. Takie słowa krytyki kierował w swoim czasie o. Ludwik Wiśniewski w swoim słynnym liście do nuncjusza apostolskiego w Polsce. Rzecz w tym, że  z jednej strony skoro człowiek jest drogą Kościoła, to także człowiek w swoim wymiarze politycznym jest i pozostanie drogą Kościoła. I Kościół ma obowiązek opowiadać się za prawem do życia, prawem do pracy, Kościół ma obowiązek wspierać politykę prorodzinną i bronić tożsamości narodowej. O tym, że jest to misja Kościoła świadczy choćby w naszych czasach beatyfikacja ks. Jerzego Popiełuszki. Ale to, co robi ks. Kazimierz Sowa jest radykalnie innym wymiarem polityki. Jego zaangażowanie to nie jest wyraz troski, roztropnej troski o dobro wspólne. To jest utylitarna gra o tron i kasę. Równie prymitywna, jak wulgarna, Budzi niesmak.

Ks. Sowa wychodzi tu na doradcę ówczesnego obozu władzy. Szokuje, poza wulgarnym językiem również dyskusja jak należy rozprawić się z mediami niechętnymi PO. Duchowny radzi: „Nie polemizować-zniszczyć”.

Cóż, nie po raz pierwszy spotykamy się z symbiozą neoliberalizmu z neolewicą we współczesnej grze politycznej. Z jednej strony mamy do czynienia z promocją swoistego wolnego rynku, w którym bezpardonowo gra się o interesy własne i swoich kolesi. Ale z drugiej strony ta gra jest walką. Bo przecież w ujęciu lewicy polityka była i pozostaje walką klas. A w walce trzeba człowieka zniszczyć. Dlatego, że jest przeciwnikiem. Jako liberał ks. Sowa wielokrotnie apeluje propagandowo o tolerancję i zrozumienie dla wszystkich, którzy są jakoś tam „inaczej”. Ale pozostaje grupa, która nie jest „inaczej”, jest normalnie. To grupa, którą lewicowiec musi zniszczyć. Zauważmy ten moment bardzo wyraźnie – człowiek, który dla wielu jest symbolem „otwartego społeczeństwa” (także i Kościoła) jako normę kultury otwartości stosuje normę „zniszczyć”. I to nie jest przypadek.

A to, że ks. Sowa zasiadał wówczas w kilku radach nadzorczych spółek skarbu państwa jest normalne?

Jasne, że jest to absolutnie nienormalne. Nie potrafię nawet tego skomentować, bo jest to tylko i wyłącznie obraz patologii platformy oligarchów.

Zauważmy, że ks. Sowa był także stałym komentatorem TVN24, wspierającym tych, którzy dzielili Polskę na dwa kościoły- toruński i łagiewnicki. Często zabierał głos w sprawach politycznych, wyraźnie wspierając PO, głównie po Smoleńsku i pokazując niechęć wobec PiS. Jak ksiądz to tłumaczy?

To bardzo istotny moment działalności ks. Sowy. Był przez lata człowiekiem opiniotwórczym, sam polaryzując i dywersyfikując Kościół w Polsce, stawał wyraźnie po jednej ze stron, był jej frontmanem. Raz jeszcze podkreślam, nie mam za złe zabierania głosu w sprawach polityki. Ale jeśli będąc kapłanem zabieram w tej kwestii głos, czynię to i powinienem czynić na mocy mandatu, jaki mam od Kościoła. Jeśli zatem dzisiaj sprawa aborcji, związków homoseksualnych czy reprodukcji in vitro jest tematem politycznym mam prawo i obowiązek w tej kwestii się wypowiadać. Ale moim punktem odniesienia ma być stanowisko Urzędu Nauczycielskiego Kościoła, a nie rzecznika Platformy Obywatelskiej. Mogę mieć sympatie osobiste, wynikające z choćby relacji rodzinnych, ale nie zwalnia mnie to z jasnego głoszenia prawdy. To trudne zadanie. Na pewno niewdzięczne, ale to jest zadanie prorockie Kościoła. Jeśli ulegam zatem osobistym sympatiom, emocjom, a co gorsza – układom wyraźnie skorumpowanym – to jest to zdrada. To jest takie sprzeniewierzenie się prawdzie, które prowadzi do samozniszczenia i samozagłady.

Czy można tutaj mówić o jakiejś odpowiedzialności wobec ks. Sowy w świetle ujawnionych taśm?

Nie jestem kompetentny by cokolwiek w tej sprawie orzekać. Wiem jedno, archidiecezja krakowska ma znakomitego, mądrego Pasterza, człowieka wielkiej odpowiedzialności. Nie wiem, czy jest konieczne jakiekolwiek publiczne, szczegółowe komentowanie tej sprawy przez Kurię krakowską. Ale wiem, z całą pewnością, że Arcybiskup krakowski osobiście zajmie się tą sprawą. Na marginesie, chciałbym zaznaczyć, że jakiekolwiek sankcje dyscyplinarne, jeśli będą, nie zmieniają istoty sprawy – obywatel Sowa sam określił, że bliżej mu do Platformy niż do Kościoła.

źródło:wpolityce.pl

ZOSTAW ODPOWIEDŹ