16.8 C
Wrocław
Rybińska: Dobrowolność pod przymusem. Decyzja KE o wszczęciu postępowania wobec Polski, Węgier...

Rybińska: Dobrowolność pod przymusem. Decyzja KE o wszczęciu postępowania wobec Polski, Węgier i Czech jest związana z wrześniowymi wyborami w Niemczech

merkel.png

Nie da się ukryć, że Komisja Europejska jest ostatnio bardzo zajęta: mobbingowaniem Brytyjczyków, propagowaniem ezoterycznych bzdur jak ochrona klimatu, ratowaniem banków i Grecji, a wraz z nią euro oraz wymuszaniem na Polsce, Węgrzech i Czechach przyjmowania tzw. uchodźców według ustalonego na jesieni 2015 r. systemu kwot. Do tego ostatniego zadania Komisja podchodzi ze szczególnym entuzjazmem.

Tak dowiedzieliśmy się z wywiadu, którego szef KE Jean-Claude Juncker udzielił niemieckiemu dziennikowi „Suddeutsche Zeitung”, że istnieje coś takiego jak „pierwotna misja UE”. A tą pierwotną misją jest przyjmowanie „ludzi o innym kolorze skóry bądź wyznaniu”. Czyli stworzenie – jak trzeba siłą – społeczeństwa wielokulturowego. Na tym jednak nie koniec. Juncker zasugerował dalej, że wobec odmowy państw Europy Środkowo-Wschodniej przyjmowania tzw. uchodźców z Afryki i Bliskiego Wschodu przyjęcie tych państw do Unii „było błędem”.

Nie jest to pierwszy raz, że takie słowa padają z ust przedstawiciela brukselskiego establishmentu. Były już propozycje objęcia nadzorem, groźby zamrożenia funduszy unijnych, uzależnienia wypłat tych środków od przyjmowania imigrantów i szereg innych posunięć, które miały wywołać u wyżej wymienionych krajów co najmniej poczucie wstydu, jeśli nie strachu. Wszczęcie procedury dyscyplinującej wobec Polski, Czech i Węgier to kolejny element strategii opartej na przekonaniu, że „jeśli presja będzie wystarczająco silna w końcu się podporządkują”. A jeśli tylko jeden się ugnie, to pozostali będą zmuszeni za nim pójść. To dlatego na ławie oskarżonych znalazły się Polska, Czechy i Węgry, a nie Słowacja czy Austria, które także odrzuciły relokację. Jest to bowiem idealna okazja by rozbić Grupę Wyszehradzką.

Pobrzmiewa w tym idea, że Polak, Czech czy Węgier, jak chce być uznany za Europejczyka całą gębą, musi być bezkrytycznym wyznawcą zespołu właściwych poglądów na rolę swojego kraju w Europie. Jego europejskim obowiązkiem jest klakierstwo wobec wszystkich pomysłów najrówniejszych wśród równych państw UE, to znaczy Niemiec i (czasami) Francji, okazywanie uczucia zażenowania, gdy jakiś wykolejeniec bełkoce coś o interesach narodowych czy bezpieczeństwu, domaganie się od obywateli wzniesienia się ponad przyziemne racje i szybowania w przestworzach europejskiego idealizmu.

Jeśli nie chce się podporządkować musi się liczyć z tym, że dostanie od Junckera, Timmermansa czy Schulza po głowie maczugą „solidarności” i jedynych słusznych unijnych „wartości”. Wszystko oczywiście w imię humanitaryzmu, nowej religii Europejczyków na zachodzie, którą przyjęli po tym jak odwrócili się od Boga. Tyle, że w tym wszystkim nie chodzi o żadne względy humanitarne, o los biednych ludzi o „odmiennym wyznaniu i kolorze skóry” tylko o czystą politykę, czytaj: interes Niemiec.

Berlin wymyślił mechanizm relokacji– jak można przeczytać w najnowszej książce Robina Alexandra, dziennikarza „Die Welt”, pt. „Die Getriebenen” (Pod presją-red.) – po tym jak Angela Merkel podjęła brzemienną w skutkach decyzję o otwarciu granic dla napierających do Europy imigrantów. Zdaniem Alexandra stało się to dlatego, że ani pani kanclerz ani szef MSW Thomas de Maiziere nie chcieli wziąć politycznej odpowiedzialności za zamknięcie granic i za tym idące brutalne odparcie tzw. uchodźców na tych granicach przez żołnierzy Bundeswehry.

 

Die Getriebenen -okłądka książki / autor: Siedler Verlag
Die Getriebenen -okłądka książki / autor: Siedler Verlag

Autor „Pod presją” twierdzi, że zamknięcie niemieckich granic było już de facto postanowione i odpowiedni rozkaz dla straży granicznej podpisany. Tyle, że zabrakło politycznej woli, by go wykonać. Merkel była przekonana, że wyborcy nie wybaczą jej obrazków w telewizji pokazujących brutalne traktowanie imigrantów przez niemieckich żołnierzy. Sama wprawdzie powoływała się na względy humanitarne, a podczas jednego z telewizyjnych wywiadów uroniła nawet kilak łez, ale jeśli ktoś uwierzył, że „żelazna kanclerz” nocami płaczę nad losem uchodźców, jest naprawdę naiwny. Jedyne nad czym Merkel płacze to spadające słupki poparcia. I tak należy odczytywać jej ówczesną decyzję.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ