Zgodnie z naszymi relacjami, stało się. Od kilku tygodni śledziliśmy dzięki Dorianowi Urbanowiczowi narastające napięcie wokół projektu przyznania parom jednopłciowym prawa do małżeństwa w Niemczech. Przez chwilę mogło się wydawać, że rzecz nie dokona się w tej kadencji.
Ale kiedy w środę kanclerz Angela Merkel oznajmiła, że posłów bloku CDU–CSU partyjna dyscyplina, Dorian natychmiast zawyrokował: to otwiera drogę do przyjęcia projektu Zielonych na ostatnim posiedzeniu Bundestagu, czyli 30 czerwca. Do głosowania doszło – z wiadomym skutkiem.
Angela Merkel blokowała do tej pory projekt nawet nie liczbą posłów, bo chadecy nie mają w kończącym kadencję parlamencie samodzielnej większości. Ale choć Martin Schulz gorąco tę zmianę popierał, nie chciał podziału w wielkiej koalicji, bo SPD i CDU–CSU rządzą razem. W momencie jednak, gdy z oporu CDU zdjęto rządową pieczęć, sprawa stała się dziecinnie prosta. Nawet 75 chadeków głosowało za tym.
Trzeba uczciwie powiedzieć, że znacząca większość klubu CDU–CSU była przeciw. Dorian Urbanowicz pisze ciekawie w artykule, który ukaże się w poniedziałkowym „wSieci” o motywach tego sprzeciwu. Od dawna nie formułowanych w duchu fundamentalnych wartości, a co najwyżej pragmatyki. Niemniej także sama kanclerz Merkel podniosła rękę przeciw. Jej postawę można oceniać na dwa sposoby.
Można uznać, że było to nagięcie się do zasad demokracji. Obiektywnie rzecz ujmując większość tego Bundestagu była za zmianą tego prawa – nawet bez chadeków, a tym bardziej z progresywną mniejszością tej formacji.
Równocześnie zaś w kolejnym parlamencie uchwalenie zmiany mogło być trudniejsze – z powodu domniemanego wejścia eurosceptyków z Alternatywy dla Niemiec. Jeśli ktoś uważał tę zmianę za rzeczywiste zagrożenie dla cywilizacji w dotychczasowym kształcie, mógł się powołać choćby na nieklarowny mandat Bundestagu kończącego kadencję.
I w tym sensie głos Merkel jest swoistym gestem Piłata. Choć oczywiście ktoś może powiedzieć, że okazała przynajmniej odwagę w zamanifestowaniu poglądu sprzecznego z duchem czasu. Tyle że przesłoniła tę odwagę wstępną decyzją. Do historii szefowa niemieckiego rządu przejdzie jako osoba, która otworzyła drzwi dla kolejnego etapu obyczajowej rewolucji. A nie jako ktoś, kto do końca się temu sprzeciwiał.
W poprzednim komentarzu na portalu napisałem, że największym zagrożeniem wynikającym z tej zmiany jest otwarcie drogi do adopcji przez homoseksualne pary. Stanie się to prędzej czy później w imię zasady równości.
Pada odpowiedź, że lepiej aby dziecko dostało rodzinę z dwoma ojcami lub dwiema mamami, niż pozostało niechciane. Tyle, że pada ona w sytuacji, gdy wiele małżeństw heteroseksualnych czeka po wiele lat na odpowiednie decyzje adopcyjne – i w Niemczech i w Polsce. Najpierw trzeba znieść biurokratyczne bariery, z których wynika to horrendum, a potem krzyczeć o problemie niechcianych dzieci.
Możliwe, że ta debata powinna być zachętą do otwarcia tematu lepszej polityki społecznej – podobnie jak debata o aborcji powinna być zachętą do lepszego wspierania samotnych matek, a debata o eutanazji – do opieki nad inwalidami i ich rodzinami. Inną drogą jest na przykład rozwój rodzinnych domów dziecka – bidul powinien zniknąć raz na zawsze. Niemniej warto mocno powiedzieć: dziecko nie powinno być narzędziem do zapewnianiu komuś namiastki szczęścia. Państwo zawsze bada to, komu przyznaje prawo do adopcji. I nie powinny to być takie pary, podobnie jak rzadko są to osoby samotne. Dziecko powinno mieć rodzinę możliwe najbardziej zbliżoną do normalnej.
Uznanie związków homoseksualnych za małżeństwa ma też inne złe konsekwencje, o których już pisałem. Może stanowić źródło zamętu w głowach młodych ludzi, których preferencje seksualne dopiero się wykształcają. Moje stanowisko nie oznacza bynajmniej niechęci lub lekceważenia tych, o których wyborach przesądzają geny. Nie zamierzam nikogo pouczać, z punktu widzenia świeckiego państwa każdy ma prawo do własnej życiowej drogi . Obrachunki moralne zostawiam kościołom.
Ale małżeństwo to przywilej ustanawiany po to aby chronić rodzinę. I tak powinno zostać, jeśli chcemy aby nasza cywilizacja nie zmieniła się w karykaturę. Pani Merkel porzuciła tę prawdę w imię międzypartyjnych i politycznych gier. My, Polacy, dzięki Bogu pozostajemy „zacofani”. I niech tak zostanie.
źródło: wpolityce.pl
















